Peachykin tłum. Amara

Finding Ulysses (4)

Poprzednia część Wersja do czytania Następna część

Tego ranka Michael wstał wyjątkowo wcześnie. Był to dla niego najlepszy czas do tworzenia. Mógł malować i szkicować godzinami, za namową Słodkiego zaczął nawet rzeźbić. Dobrze pracowało się w glinie, ale on wolał marmur. Proces przemiany kamienia w coś pięknego, odłupywanie zbędnych kawałków i wygładzanie krawędzi. Całkowicie go to wciągnęło.

Michael malował w tej chwili na zamówienie. W przyszłym miesiącu w galerii, która należała do jednej z przyjaciółek Słodkiego, miała się odbyc wystawa jego prac. Miał wiele gotowych prac, na które z pewnością znaleźliby się chętni, ale ostatnio nie zadowalalo go to. Czuł się znudzony, nie miał natchnienia, czuł się pusty. Malował to co chcieli zobaczyć inni, zamiast tego co chciał on. I chociaż nie był zadowolony ze swoich ostatnich prac, przynajmniej jakieś stworzył. I tak nie miał pomysłu na cos nowego, a jego rzeźby były zbyt proste i amatorskie aby je wystawić.

Wziął kubek z kawą i skierował się w stronę pracowni. Nie miał nastroju do malowania czy szkicowania, wziął tylko stary szkicownik i usiadł na balkonie czekając aż nadejdzie inspiracja. Ale jego myśli zaprzątał obraz ciemnowłosej dziewczyny, która wciąż spała w jego pokoju gościnnym.

Michael wiedział, że Liz nie będzie mu wypominała odejścia, ale teraz kiedy wiedział jak ciężkie było jej życie z Maxem, zastanawiał się czy byłoby inaczej gdyby został. Miałaby wtedy kogoś kto stanąłby w jej obronie. Jego.

"Ale wtedy Liz nie miałaby siły by stawić czoła sytuacji" powiedział sam do siebie.

Michael otworzył szkicownik i zauważył, że zabrał ten, który przeglądał bardzo rzadko, ten który przywoływał wspomnienia. Miał wytartą okładkę, kartki pożółkły ze starości, ale rysunki były nienaruszone.

Powinien był go wyrzucić, sama patrzenia sprawiała mu ból, ale musiał pamiętać jej twarz. Na każdej stronie widniała twarz Liz, taka jaką zapamiętał, smutna ale z błyskiem w oku, który nadal tam był. Przez pierwsze miesiące malował tylko ją. Nie miał jej zdjęć, nie miał nawet grupowych zdjęć, ale jej wygląd wyrył się mocno w jego pamięci. Musiał przenieść go na papier. Przyczyna nie była tajemnicą. Michael tęsknił za Liz, jak za nikim innym.

Pewnego ranka, zaraz po przyjeździe do Nowego Orleanu, Michael namalował ostatni portret dziewczyny, która ciągle obecna była w jego myślach. Uświadomił sobie, że nie rozpocznie nowego życia dopóki nie odetnie się od przeszłości. Nigdy nie zapomni Liz, była w jego sercu i nie potrzebował obrazów by ją zobaczyć.

Michael przesunął palcem po szkicu. Przedstawiał Liz, tej ostatniej nocy. Jej włosy luźno spływały na ramiona, drobne ciała otulone starym, wyblakłym szlafrokiem. Ręce obejmujące się w pasie, jakby chciała zniknąć w samej sobie. Ciemne oczy wypełnione łzami, dla niego, przez niego, i jej usta ... usta, które dopiero co całował.
Pocałunek. Wciąż czuł jego smak, czuł miękkość jej ust, choć minęło już pięć lat. Odczucie było silniejsze szczególnie teraz kiedy Liz była tak blisko. Nie rozmawiali o tej nocy, i częściowo był z tego zadowolony. To miał być pożegnalny pocałunek, obudził w nim jednak coś. Przekroczył granicę przyjaźni, ale nie cofnąłby tego. To właśnie wtedy zrozumiał, że ją kocha.

Gdzieś pomiędzy dniem strzelaniny w Crashdown a tą nocą na ganku, Michael zakochał się w Liz. Nie wiedział jednak, że Liz odwzajemnia jego uczucie, aż do tej nocy, dopóki jej nie pocałował.

Tłumaczył sobie, że to będzie tylko jeden pocałunek, chciał posmakować czegoś czego, jak myślał, nigdy nie będzie miał. Ale Liz odwzajemniła pocałunek. Kochała go. Mogła tego nie powiedzieć na głos, ale on to czuł.

Michael wiedział wtedy, że jeszcze się zobaczą. To dlatego prosił by go odszukała. By odnalazła Ulyssesa. Chciał żeby wiedział, że kiedy odejdzie od Maxa, nie będzie sama, że ktoś będzie na nią czekał, na kobietę, którą się stała, kiedy odnalazła w sobie siłę.

Trwało to pięć lat, ale w końcu tu była, znów była w jego życiu. Zapełniła pustkę, o której istnieniu nie zdawał sobie sprawy, dopóki nie znalazła się w jego ramionach. Nie była jednak taka jak się spodziewał. Była lepsza. Silniejsza, szczęśliwa pomimo tego co przeszła, i co najważniejsze była wolna.

Michael nie zapomniał o swojej miłości, zepchnął ją tylko na drugi plan, pozwolił samej się rozwijać. W chwili gdy ją zobaczył uczucie uderzyło w niego z podwójną siłą. Zrozumiał jak bardzo chce by była w jego życiu. Wiedział, że jest za wcześnie na coś więcej niż przyjaźń. Michael nadal niechętnie poddawał się uczuciom, ale obecność Liz skutecznie pozbawiała go zahamowań. Czekał pięć lat, może poczekać jeszcze trochę.

Liz nadal odkrywała kim jest bez Maxa. Nie można pominąć faktu, że wciąż była jego żoną. Może tylko na papierze, ale nadal nią była. Sposób w jaki mówiła o Maxie zeszłego wieczora, mówił mu, że nie kocha już męża, ale nie jest jeszcze gotowa na całkowite zerwanie łączących ich więzi. Michael wiedział, że bała się, może nie Maxa, ale pozostawienia za sobą rzeczy, dla których zrezygnowała z "normalnego życia".

Michael nadal znał Liz, pomimo długiej rozłąki. Miała te same wątpliwości, o których mówiła mu gdy siedzieli razem na dachu domu, w którym mieszkali. Skoro jej małżeństwo rozpada się, czy było warte tylu poświęceń? Alex? Zerwanie kontaktu z rodziną? Brak możliwości powrotu do domu? Rezygnacja z nauki? To wszystko nie mogło pójść na marne. Michael wiedział, że z tego powodu nadal była żoną człowieka, którego już dawno temu przestała kochać. Był z niej dumny, że pomimo tych wątpliwości zdołała odejść.

Michael też miał wiele pytań, na niektóre z nich Liz nie będzie chciała lub nie będzie mogła odpowiedzieć. Musiał porozmawiać z kimś kto był tam, w czasie jego nieobecności. Z kimś z grupy, z kimś kto był poza związkiem Maxa i Liz. Wiedział, że tylko jedna osoba spełnia te wymagania.

Szybko dokończył kawę i wrócił do pokoju, zapominając po drodze o swym rytuale. Był pewien, że Liz ma potrzebny mu numer, ale ona nadal spała, poza tym nie chciał, żeby wiedziała do kogo dzwoni. Jeszcze nie teraz.

Michael wiedział, że Liz trzyma notes z adresami w torebcę. A torebkę widział na jej krześle porzedniego wieczora. Akcja ta wymagała precyzji i skupienia, a on wyszedł trochę z wprawy. Ale z tym jest tak jak z jazdą na rowerze, prawda? Przynajmniej miał taką nadzieję.

Michael ostrożnie otworzył drzwi i wszedł najciszej jak tylko mógł. W duchu przeklinał szkrzpiące zawiasy w drzwiach. Rozglądając się po pokoju zauważyl torebkę Liz. Niechcący jego wzrok padł na śpiącą Liz. Może nauczyciele z podstawówki mieli rację; jeśli będziesz patrzył prosto przed siebie, będziesz mniej rozkojarzony. A Liz skutecznie rozprasza uwagę, pomyślał wstrzymując oddech na jej widok, pogrążonej w spokojnym śnie.

Leżała na brzuchu, jej oliwkowa skóra rozświetlona przez promienie słońca wpadające do pokoju, prześcieradło zwinęte wokół jej talii. Niewiarygodnie długie włosy rozczucone po poduszce, kosmyki rozwiewiane przez delikatne strumienie powietrza napływające z wiatraczka stojącego przy łóżku. Zauważył delikatny zarys jej piersi, i zmusił się do zamknięcia oczu. Na próżno. Jego umysł artysty, zapamiętał już najmniejszy szczegół, każdą linię, łuk.

Michael zapomniał o powszechnej zasadzie panującej w takim klimacie. Nikt, nie nosił piżamy do snu, szczególnie latem. Nawet on tak robił. Było parno, i wszystko poza prześcieradłem stawało się klejące i mokre. Gdyby wiedział co zobaczy, nie wszedłby do pokoju, odłożył telefon na później.

Ale było już za późno; był już w pokoju, widok Liz podziała na niego, bardziej niż się mógł spodziewać. Fizyczne reakcje mógłby zwalić na trwający już wiele lat celibat, ale to nie było to. Liz była po prostu piękna, musiałby być z kamienia, żeby nie być zareagować na taki widok.

Michael otworzył oczy kiedy usłyszał jak Liz przekręca się na bok i zaczyna mówić coś niewyraźnie, najwyraźniej wyczuwając czyjąś obecność w pokoju. Przypominając sobie powód, dla którego tu się znalazł, złapał torebkę i szybko wycofał się z pokoju.

Jak tylko zamknął dzrwi, przycisnął ucho do drzwi i usłyszał, że Liz znów zapadła w spokojny sen. I chociaż hormony nadal rządiły jego ciałem, chociaż żałował, że nie iwdział więcej, przyspieszony oddech sygnalizował mu, że to by był dla niego za dużo.

"Było niebezpiecznie." Wyszeptał.

Jasne, życie Michaela Joyce'a znacznie różniło się od życia Michaela Guerin'a, zwłaszcza kiedy największym niebbezpieczeństwem z jakim zetknął się Joyce, była naga Liz ... Jeffries.

Starając orezeć się pokusie, jaką zdecydowanie była Liz, Michael udał się do kuchni i wyciągnął notes z torebki. Kiedy znalazł odpowiednią stronę, pojawiły się obawy. Od pięciu lat nie dawał znaku życia, i miał tak po prostu zadzwonić? Czy będą w ogóle chcieli z nim rozmawiać? O czym on wogóle myślał?

Kiedy Michal odradzał sobie w myślach dzwonienie, z pomiędzy stron wypadlo zdjęcie. Złapał je, i nie mógł oderwać wzroku od czarującej, małej dziewczynki, która patzryła na niego ze zdjęcia. Isabel musiała wysłać to Liz, kiedy zatrzymał się gdzieś na jakiś czas. Odwrócił zdjęcie i przeczytał co tam napisano:

Alexis Michaela James: Wiek 2 lata

Ciotuniu Liz,
Tęsknimy.
Kyle, Isabel i Alexis

Michael nadal był niepewny, ale kiedy zobaczył to zdjęcia, wiedział, że Alexis już zawładnęła jego sercem. To dla niej, musiał przestać się bać przeszłości i tego co wraz nią zostawił. Wziął telefon, i wstrzymując oddech wybrał numer.

Po dwóch dzwonkach, spojrzał na zegarek, przeklinając w duchu swoją nieciepliwość. U nich było później o godzinę, i na pewno obudzi ich tym telefonem. Już miał odkladać słuchawkę kiedy ktoś odebrał słuchawkę.

"Cześć!" powiedziało dziecko, "Czego chcesz?"

Michael był zdumiony a na jego ustach pojawił się uśmiech, kiedy zrozumiał z kim rozmawia, "Uh ... Alexis. Czy jest mamusia albo tatuś?"

"Mama w pracy. Tatuś ogląda ze mną kreskówki." Odpowiedziała dziewczynka.

"Lexi..." Michael usłyszał w tle głos Kyle'a, "Oddaj tatusiowi sluchawką."
"Nie tatuś. Ja rozmawiam." Powiedziała stanowczo, zanim zwróciła się do rozmówcy, "Kto mówi?" Tak, to córka Isabel, zdecydowanie.

"Um ... mam na imię Mich..." przerwał i uśmiechnął się, "Tu twój wujek Grumpy." Odsunął słuchawkę od uchu, kiedy usłyszał pisk dziecka.

"Kiedy do mnie przyjedziesz?" zapytała kiedy wujek przyłożył znów słuchawkę do ucha. Słyszał jak Kyle prosi córkę żeby oddała mu telefon.

"Przepraszam, Alexis. Ale nie wiem kiedy." Odpowiedział szczerze.

"Alexis James!" Kyle podniósł głos, zanim westchnął z rezygnacją, "Powiedz przynajmniej tatusiowi kto dzwoni."

Michael zaśmiał się kiedy usłyszał jak Alexis mruczy coś niezadowolona, prawie widziać jak przekręca oczami, zupełnie jak Isabel, "To wujek Grumpy, Tatusiu. Idź oglądać bajkę."

Michael usłyszał "Jasna cholera!" i małą szapaninę przy telefonie.

"To naprawdę ty Guerin?" zapytał Kyle.

Michael już chciał odpowiedzieć, kiedy usłyszał chichot Alexis, i zaczęła nucić, Cholera, ..., w rytm melodii do Twinkle, Twinkle, Little Star.

"Lexi. Nie." Upomniał ją Kyle, "Tatuś nie powinien tak mówić. Proszę przestań."

Michael prawie spadł z krzesła kiedy Lexi zaczęła śpiewać głośniej a Kyle strał sięnamówić ją by przestała przeklinać.

"Maleńka. Jeśli kochasz tatusia, to przestań. Albo mamusia odetnie tatusiowi ... albo nie będziesz miał braciszka ani siostrzyczki, nawet jeśli poprosisz Mikołaja."

Alexis natychmiast przestała, "Dobra, Tatuś. Idę oglądać bajkę. Pa wujku Grumpy!" Michael słyszał jak odeszła podśpiewując, "Tatuś powiedział brzydkie słowo."

"Jestem martwy." Westchnął zanim wziął słuchawkę do ręki, "Więc. Michael. Nie dzwonisz. Nie piszesz. Co u ciebie? Gdzie jesteś? I co najważniejsze ... co u Liz?"

Michael czuł się trochę zbity z tropu, ale kiedy nie usłuszał złośliwości w głosie Kyle'a odetchnął. "Telefony są przecenione i drogie. Nie ciepię pisania swojego nazwiska, listy odpadają. Wszystko w porządku i w Nowym Orleanie. Liz śpi, a skąd w ogóle wiesz, że ona tu jest?"

"Dedukcja, mój drogi przyjacielu. W końcu wychował mnie szeryf? Po pierwsze, tylko od Liz możesz wiedzieć jak nazywa cię Lexi, a mam przeczucie, że Liz nie zadzwoniłaby do ciebie. Po drugie, wiedziałem, że w końcu cię odnajdzę gdziekolwiek się zaszyłeś; i, że zadzwonisz żeby ci opowiedzieć co się wydarzyła w ciągu tych pięciu lat. A może się mylę?"

"Nie mylisz się." Przyznał Michael.

"Trzeci powód, Z nas wszystkich, Liz tęskniła za tobą najbardziej. Zauważyli to wszyscy, a przynajmniej ci, którzy nie byli Maxe."

"O czym ty mówisz? Wiesz, że takie zagadkowe gadanie zawsze mnie denerwowało." Michael narzekał, starając się ukryć zaciekawienie.

Kyle zaśmiał się, "Dobrze. Spokojnie. Pierwsza wskazówka. Pewnego dnia Liz wyszła z Isabel na zakupy, wróciła ze wszystkimi albumami Metallici, jakie kiedykolwiek wydano. Liz Parker ... Phillips .... Mniejsza z tym, niegdy nie przepadała za Metallica, dopóki nie odszedłeś."

Michael podrapał się w brew; "Cześto ich słuchałem, szczęgólnie rano kiedy pracowałem nad samochodem, albo w pokoju po pracy ..."

"Wielkie dzięki, dopóki nie mieliśmy własnego domu codziennie rano budził nas Master of Puppets. Kiedy Max prosił by wyłączyła muzykę zmieniała na Unforgiven. I mój faworyt," wtrącił Kyle, "kiedy Liz była wściekła na Maxa, co zdarzała się bardzo często, puszczała King Nothing."

Michael zaśmiał się głośno, ale niee chciał obudzić Liz, więc zatkał sobie usta ręką,
"Robiłem tak kiedy byłem wkurzony na Maxa, czyli prawie cały czas." Potzrąsnął głową, "Nie mogę uwierzyć, że zaczęła tego słuchać."

"Lepiej uwierz, Michael." Powiedział Kyle stanowczo, "Nie wierzysz? Puść coś jak się obudzi. Ta kobieta zna wszystkie piosenki na pamięć. A Liz spiewająca Whiskey In the Jar, tego nigdy się zapomni."

"Muszę to wypróbować." Powiedział Michael. "Zmiana gustu muzycznego, to chyba nie wszystko?" zapytał.

"Pomyślmy, była ta dżinsowa kurtka, którą zostawiłeś. Jeśli nadal ją ma, sęk w tym, że była na nia o dziesięć numerów za duża, co tu ukrywać jesteś olbrzymem, ale nosiła tylko ją."

"Zastanawiałem się gdzie się podziała." Powiedział Michael, zastanawiając się czy nadal ją ma. Na myśl, że jej zapach mógłby się wymieszać z jego, dostał gęsiej skórki.

"Pamiętam, jak wychodziliśmy wieczorem, chyba kiedy zaręczyliśmy się z Isabel i Max zmniejszył kurtkę tak żeby na nią pasowała." Zaśmiał się, "Stary, nigdy nie widziałem jej tak wściekłej. Czysta furia. To coś więcej niż huragan DeLuca. Zarządała, by zminił ją z powrotem, co zrobił, w trosce o własne życie, na dodatek chyba przez kilka nocy spał na kanapie."

"Okay," powiedział Michael, starając się ukryć zaskoczenie. "Rozumiem. Tęskniła za mną."

"To mało powiedziane. A ty przejąłeś jakiś zwyczaje Liz?" zażartował.

Michael przekręcił oczami, decydując, że nie wspomni, ot tym, że lubi siedzieć na balkonie. I że właśnie, ze wzgędu na balkon kupił ten budynek, "Jasne, mam włosy do pasa i słucham babskiego rocka." zażartował, "Interesuję się również biologią molekularną. Robię doktorat za jakieś ... nigdy."

Kyle wiedział, że Michael zmyśla, starjąc się ukryć prawdę. Nie chciał nacskać, zmienił więc temat, "Więc ... Liz śpi?" zapytał znacząco, "Wykończyłeś ją?"

"Zamknił się Valen ... znaczy się James. Pjawiła się u mnie wczoraj wieczorem i trochę rozmawialiśmy. Zamieszka w moim pokoju gościnnym." Odparował Michael.

"Narazie." Kyle zakasłał, i zaczął mówić, zanim Michael mógł zareagować, "Ty. Właściciel baru? Ciekawe co by na to powiedział Dr Freud?"

"Powiedziałby, że umiem się obchodzić z pijakami." Zażartował Michael, "Więc ty i Isabel tak?"

"Tak." Powiedział Kyle, "W końcu uwiodła mnie."

"Było chyba odwrotnie, kowboju." Odpowiedział Michael.

Kyle zaśmiał się, "Może i masz rację. Cieszę się, teraz dwie dziewczyny noszą moje nazwisko ... znaczy mojego ojca ... wiesz o co mi chodzi?"

"Tak. Uh ... Lexi jest śliczna. Liz pokazała mi kilka zdjęć. Nadal nie mogę uwierzyć, że jesteś ojcem." Powiedział zdumiony.

"Ja też nie." Zaśmiał się, "Fakt, że jestem odpowiedzialny za drugą osobę. Uwielbiam to uczucie." Przerwał na chwilę, "Więc, nadal Hetfield, a może Ulrich, Hammet a może coś innego?"

"Joyce." Odpowiedział Michael.

"Joyce?" powiedział Kyle zadziwiony, "Dobrze panienko, wygrałeś nagrodę dla najbardzie zmienionego. Słyszałem, o przykrywkach Michael, ale czy to nie za dużo?"
"Michael Joyce matole." Wtrącił. "Tak jak James Joyce ... pisarz." Sopotkała go cisza, "Ulysses."

Kyle pstryknął palcem, "Więc o to jej chodziło?"

"O czym ty mówisz?" zapytał Michael.

Kyle westchnął z dramatyzmem, "I to sprowadza nas do czwartego powodu skąd wiedziałem, że Liz jest u ciebie."

"Plroszę. Oświeć mnie." Powiedział, czekając na kolejny sarkastyczny komentarz Kyle'a.

"Nie tylko Liz widziała jak odjeżdżasz. Wracałem właśnie od Isabel, do niczego nie doszło, tylko rozmawialiśmy. Jak wiesz okno w moim pokoju wychodziło na ganek."

"Oh." Zdołał wykrztusić Michael.

"Tak. Oh." Odpowiedział Kyle, wiedział, że myślą o tym samym, "Widziałem ten pocałunek, Michael. Wiesz, że nigdy nie owijam w bawełnę. To dlatego tak dobrze nam się układało. I wiesz co widziałem tej nocy, to nie było 'Do widzenia' tylko 'Kocham cię', czy tego chcesz czy nie, taka jest prawdę. Chyba się nie mylę?"

Tym razem Michael westchnął, nigdy nie mógł wciskać kitu Kyle'owi, "Zdecydowanie masz rację".



Poprzednia część Wersja do czytania Następna część