Anita19

Crying In The Rain (4)

Poprzednia część Wersja do czytania Następna część

Rozdział – 4


Na moje szczęście profesora jeszcze nie było, ale za to w oknie stał wianuszek roześmianych panien. Ugh, Zapewne plotkowały o blondasie, który mnie podwiózł. W końcu nie trudno nie zauważyć kogoś takiego. Usiadłam, więc i spokojnie czekałam na rozpoczęcie zajęć. Tylko, dlaczego wciąż myślę o nim! Zupełnie nie mogę tego zrozumieć. Fakt jest przystojny z humorem...

— Przepraszam czy to grupa profesora Reaby? – Pytanie zadała starsza korpulentna kobieta

— Tak – Odpowiedziałam machinalnie

— Dzisiejsze zajęcia zostały odwołane. Pan profesor nie może się dziś zjawić.

— Huraaa! – Wrzeszczą dziewczyny

Uśmiecham się nieznacznie na myśl o tym, że teraz będę mogła wrócić do akademika fundnąć sobie długą kąpiel i zapomnieć o Bożym świecie. A potem znajdę jakiś dobry środek na kaca wszystko będzie cacy. Zaskakująco szybko znów jestem na dworze.

Blondas nie ruszył się z miejsca ani o milimetr. Bardzo wolno podchodzę do niego.

— Hej – Mówię trochę nieśmiało

— Witam znów – odpowiada on z uśmiechem na ustach.

Nogi mi miękną, gdy widzę ten uśmiech. Dlaczego on musi być aż taki przystojny? Kątem oka wychwytuję niezwykłe poruszenie wokół mnie, to babska część uczelni wpatruje się w niego. Chyba odczuwam satysfakcję na myśl, że to właśnie JA z nim rozmawiam i to mnie podwiezie teraz do domu. Wracam spojrzeniem do zielonookiego.

— Będziesz dobrym chłopcem i odwieziesz mnie do tego samego akademika, z którego zabrałeś mnie chwilę temu. Prawda. – Czy ja właśnie z nim flirtuję?

I po raz kolejny mój niesamowicie przystojny nowy znajomy otwiera usłużnie drzwi od strony pasażera, a ja wsiadam. Następnie sam wsiada.

— Liz! Liz zaczekaj – Słyszę pełen słodyczy głos. O rany.

Ginny Grey. Kolejne wredne babsko chodzące po tym świecie właśnie mnie przyuważyło. Niech to diabli. Z ogromnym wysiłkiem wykrzywiam usta w coś na kształt uśmiechu i odwracam się do rudzielca. Grr... Gorzej chyba już nie można wyglądać w tym różowiutkim wdzianku. Ubrała się koszmarnie, ale co tam mnie to nie obchodzi to ona robi sobie krzywdę. Z niesmakiem obserwuję jak strzela oczami w stronę blondaska, trzepocze zalotnie przyklejanymi rzęsami i wije się niczym wąż.

— Hej Liz. Przyjdź dzisiaj do mnie na imprezę o ósmej i weź ze sobą swojego znajomego – Mówi i po raz kolejny trzepocze rzęsami.

Impreza. Pomysł jak najbardziej ciekawy, ale obecność vipów a'la Ginny to już gorzej. To będzie piekło na ziemi, ale nie można odmówić! Przynajmniej będzie za darmo i z przystojniaczkiem jako ochroniarzem. Mmm... Odwracam się w jego stronę by zapytać czy ze mną pójdzie. Nie mogę się powstrzymać i przez chwilę obserwuję jego redakcje na Ginny. Zazwyczaj każdy plemnik, kiedy ją widział nagle dostawał czkawki i wychodził z siebie by popatrzeć na nią jak najdłużej.

Żadnej reakcji z jego strony.

On wpatrywał się we mnie żarłocznie! Chyba mam zawał, albo znalazłam się w niebie. Nawet cholerny Max tak się nie zachowywał, ale mniejsza z tym. Zielonooki idzie ze mną na imprezę

— To, co pójdziesz ze mną do Ginny? – Spytałam dla pewności

— Tak

— Będziemy o ósmej – Znów odwracam się do Ginny

Świnka z klasą najwyraźniej jest zaskoczona faktem ignorancji blondaska. Niemalże widzę jak myśli jakby tu go poderwać. Eh to bez sensu Liz. Przestań się tak zachowywać i pomyśl o jakimś dobrym środku na kaca. Ginny odchodzi nadal się wijąc, a mu odjeżdżamy.

— Jak masz na imię bo moje już znasz – Pytam nieoczekiwanie

— Alec – Odpowiada on.

Po raz kolejny jego tembr głosu wprawia w drżenie moje ciało. Nie panuje nad tym. Zdecydowanie powinnam się zastanowić, co się ze mną dzieje inaczej sfiksuję, albo mój móżdżek zamieni się w papkę. Ukradkiem spoglądam na Aleca i przyjemnością obserwuję każdy kontur silnie zarysowanej szczęki. Kolejny dreszcz przepływa przez moje ciało. Niespodziewanie wokół nas wzmaga się wiatr. Moje włosy fruwają na wietrze niekiedy delikatnie muskając jego policzek. Nieco zirytowana próbuje nad tym zapanować, ale nic nie pomaga i jest mi zimno! Jakim cudem pogoda tak nagle może się zmienić, co?! Spoglądam w niebo, które zapowiada ulewę. Nienawidzę deszczu. Max całował się z Tess na deszczu... Zgrzytam wściekle zębami na myśl o tej scenie i niejasno orientuję się, że Alec zjeżdża na pobocze. Co się dzieje?

— Coś się stało – Pytam zdumiona

— Drżysz – Mówi i sięga po coś na tylne siedzenie.

Taa... Jest mi zimno, a Alec właśnie okrył mnie swoją, pachnącą nim samym kurtką. To on zapina guziki po samą szyję, to on przyciąga mój wzrok, uśmiecha się tak, że nagle robi mi się niesamowicie gorąco. Jest tak blisko.

Piiiiiiiiiiiip

Samochód, który nas miną wydawał dźwięki muzyki tak głośne niczym bezprzewodowy boombox. Alec odwraca głowę na drogę. Mogę odetchnąć. Jeszcze milimetr i nasze usta by się spotkały i... Przysięgam na wszystko, że miałam ochotę go pocałować, bez dwóch zdań. Alec z lekka zmieszany prostuje się, przez chwilę oboje wpatrujemy się w drogę przed nami, a potem on rusza.

Jestem zakłopotana.

Marzę o tym aby jak najszybciej znaleźć się z dala od niego i przestać marzyć o tym diabelnym pocałunku! Przeklęta karnacja znów ujawnia głęboki rumieniec na mojej twarzy, a ja nie mam odwagi znów spojrzeć na Aleca. Dzięki bogu tuż za zakrętem jest akademik. Wysiadam.

— To do zobaczenia wieczorem – Mówi.

Uch to będzie bardzo ciężki wieczór. Z ulgą wdrapuję się po schodach i dzięki Bogu jest mój kochany pokoik! Czas znaleźć lekarstwo na kaca i... Ubranko na imprezę.

Będzie zabawa!

CDN.







Poprzednia część Wersja do czytania Następna część