Martuśśśśśśśś

Isabell Evans- Ramirez (3)

Poprzednia część Wersja do czytania

"teraz piszę i wiem, że nie ma na świecie szczęśliwszej osoby, niż ja...
leży przy mnie mężczyzna, którego kocham, czuję na sobie jego oddech...
Teraz wśród nas jest dwoje ludzi...nie tylko Maria... "
Isabell odłożyła długopis pod wpływem pocałunku męża...
Ramirez oparła się o drzwi vana, jak co rana wspominając dotychczasowe życie, lecz dzisiaj już nie czuła żalu, Jessy był przy niej i wiedziała, że już nie chce rozstania, że to za bardzo boli, pomyślała, że jest egoistką, że ważniejsza powinna być kariera Jessego i jego normalne życie, a nie ona...ale teraz, kiedy wiedziała jak smakuje tęsknota i żal nie chciała rozstawać się z kochaną osobą...mimo wszystko...
Kyle odsunąwszy energicznie drzwi vana wyskoczył z samochodu...

—Max, dlaczego nie mogliśmy zostać w motelu? -zapytał Kyle po raz ósmy...
Maxwell odwrócił się i z irytacją, a zarazem uśmiechem spojrzał na Valentiego.

—nie wiem...pewnie dlatego, że FBI mogło jechać za Jessym i tym samym nas dopaść... -Evans odwrócił się i objął ramieniem żonę.

—chodźmy coś zjeść -powiedziała Isabell wpatrując się w męża.

—to może...przyniosę nam coś tutaj... -Jessy wyskoczył z pojazdu całując Is.
Kobieta uśmiechnęła się sama do siebie zdając sobie sprawę ze swojego szczęścia.
Jessy szedł prostokątnym chodnikiem, brukowanym szarymi kafelkami. Słońce dodawało mu tyle energii, ale to miłość do pani Ramirez była największym szczęściem jakie go spotkało.
Z zamysłu wyrwał mężczyznę znajomy krzyk kobiety dochodzący z zaplecza baru, w którym przebywała reszta paczki.
Prawnik nie myśląc wiele pobiegł za róg budynku...

—--------------------------------------------------------------------------------

—Ja wezmę tosty -Lizzy na poczekaniu zamówiła śniadanie dla siebie i Maxa, który uśmiechnął się do niej czule...

—w takim razie ja proszę pięc jajek na twardo, kakao, sałatkę z marchewką...albo nie, wezmę colę zamiast kakaa. -Kyl zamówił...

—Kyle, myślałam, że dbasz o linię... -Liz była nieco zaskoczona.

—bo dbam...

—ja proszę to samo. -dorzucił krótko Michael.

—a gdzie Maria? Siedzi w toalecie 15 minut? -Max
Michael nie przejął się tym faktem.

—ja sprawdzę, zaczekajcie. -Liz wstała kierując się ku toalecie publicznej.

—------------------------------------------------------------------------------
Liz nie zastała Marii w łazience.

—Drzwi z zaplecza otworzyły się gwałtownie, Liz przestraszona odwróciła wzrok.

—Liz pomóż nam! -krzyknął Jessy. W oczach miał strach i przerażenie.
Szklane oczy rannej Marii przykrywałe mokre od łez powieki.

—--------------------------------------------------------------------------------
tydzień później:

—To chyba koniec podróży... -powiedział Michael zatrzymując vana na przystanku autobusowym...

—chyba tak, chodź Maria. -powiedział Billy, patrząc na dziewczynę, której najwidoczniej nie było za wesoło...

—Maria o czym on mówi? -Liz zapytała niepewnie i raczej nie czuła się inaczej.

—Liz...ja...ja tu nie pasuję, ja nie jestem jedną z was...mnie nie powinno tu być.
Michael nie dawał po sobie tego poznać, ale był przerażony, czuł, że jedna z bliskich mu osób odchodzi.
Kyle był poruszony...

—Maria...nie... -Valenti chciał powstrzymać dziewczynę, ale nie wiedział co powiedzieć, co ma zrobić...
jakby pod wpływem impulsu chłopak wziął dłoń Marii.
BŁYSK
Maria i Kyle w podświadomości przenieśli się na pustynię...Wysokie skały i ciemne niskie niebo nadawały powagi tej chwili...byli sami...nikogo w pobliżu...nikogo daleko...jakby świat istniał tylko dla nich...jasne gwiazdy rozświecału smutne niebo dodając napięcia całej sytuacji...

—Maria...nie możesz...nie możesz nas zostawić... -Kyle siedział na skale wpatrując się z troską w dziewczynę...

—Kyle, ja muszę...ta napaść...wtedy uświadomiła mi, że ja nie jestem jedną z Was...ja jestem człowiekiem...każde z was poradziło by sobie z napastnikiem, ale ja...ja byłam ranna...
Kyle miał wrażenie, że Maria ma na myśli to, że zostając z nimi naraża siebie na niebezpieczeństwo, ale nie chciał w to wierzyć, nie chciał myśleć, że jego przyjaciółka chce zostawić ich dla siebie, dla swojego bezpieczeństwa...

—Maria..,.my tyle razy poświęcaliśmy się, my tyle razy trzymaliśmy się razem mimo wszystko...było nam tak ciężko, nie chcę...tego niszczyć..

—ja też nie chce...ale...wy jesteście inni..ja nie jestem jedną z Was...już nie jestem... -Maria zamknęła oczy. Bała się i cierpiała, ale chciała to zrobić, chciała rozstać się z przyjaciómi po to- aby już nigdy nie wmieszać się w tę kosmiczną sprawę...

—ale...Billy nic nie wie...że my jesteśmy...inni (tu zaakcentował słowo)...możesz zmienić zdanie...powiedz mu, że zostajesz!...

—Kyle, nie mogę...nie robię tego dla niego...dla siebie... -powiedziawszy to Maria chciała obudzić się...wyjść z tej wizji, ale przywołał ją głos Kyla...

—Maria...dlaczego pojechałem z Wami?
Nie pasowałem do Was...ty miałaś Michaela, Max Liz...ja nie miałem nikogo, ale pojechałem z Wami...pamiętasz?
Maria spuściła wzrok...

—bo wiedziałem, że kiedyś będę jednym z nich...jednym z obcych...
Maria...chcesz czy nie- i tak Ciebie też to spotka! Wtedy, tamtego ranka, kiedyś zostałaś napadnięta, ranna...wtedy uzdrowił Cię Max...
DeLuca spojrzała na Valentiego niepewnie...

—Kyle ja muszę!... -Maria otworzyła oczy wyrywając się z tej wizji...
BŁYSK

—to nadszedł czas na pożegnanie... -Lizzy opuściła powieki w żalu...

—Maria...nie musisz... -nawet Max nie chciał rozstania...
Maria objęła Liz...

—nie płacz... -ale Lizzie nie mogła ukryć łez...i nie chciała...
pożegnawszy się z resztą i DeLuca zwróciła się w stronę Michaela.
Chłopak spojrzał w oczy dziewczynie...tak to go bolało...

—pa... -był tak przygnębiony, że nie mógł powiedziec nic więcej...
Maria spojrzała na niego ze smutkiem, wyrzutem i żalem i odwracając się ku Billy'iemu podała mu dłoń..
oboje wysiedli z vana.
Maria oblała ostatnim spojrzeniem przyjaciół patrząc w brudną szybę samochodu...oboje oddalali się, a odwieczni przyjaciele dziewczyny patrzyli bezradni...

Poprzednia część Wersja do czytania