ALEX_WHITMAN

Madhouse (3)

Poprzednia część Wersja do czytania

Stali przy szybie i patrzyli na własną córkę, a raczej to, co niej zostało. Skorupka. Obcy.
Liz nadal się kołysała, z kolanami pod brodą.
Patrzyli się na nią i nie wiedzieli, co mają zrobić. Czuli się tacy bezsilni.
Podeszła do nich pielęgniarka i poprosiła ich do gabinetu dyrektora, który chciał z nimi porozmawiać na temat rodzaju terapii ich córki.
Odeszli. Zza zakrętu wyszła młoda dziewczyna. W wieku Liz. Stanęła przy szybie. Gdy zobaczyła Liz otworzyła oczy w niemym krzyku. Nigdy nie widziała swojej przyjaciółki w takim stanie. Nawet po skoku z mostu. Podeszła do drzwi. Wiedziała, że bez opieki lekarza nie można wejść do Liz. Złapała za klamkę. Drzwi ustąpiły… Powoli i z lekkim wahaniem weszła do środka.
Liz nie zwróciła na nią uwagi. Maria podeszła i kucnęła przed nią, a następnie złapała ja za ręce.

—Liz…
Dziewczyna podniosła głowę. Nie odezwała się, ale Maria zobaczyła coś w jej oczach. Błysk zrozumienia?

— Liz… Posłuchaj mnie. Mam ochotę na Ciebie krzyczeć i płakać jednocześnie… Wtedy na pustyni jak mi uciekłaś, myślałam, że postradam zmysły nie wiedząc gdzie jesteś. Szukałam Cię całą noc… Nie możesz mnie teraz z tym zostawić. Mnie i Kyla. Zrozum mam tylko Ciebie. Ciebie Liz i Kyla. Oni wyjechali. Wybrali swoje przeznaczenie. Prawdopodobnie nigdy się nie dowiedzą, że to Tess zabiła Alexa. Lekarze, twoi rodzice, oni myślą, że zwariowałaś, że to wszystko sobie wymyśliłaś… Ale czy gdyby tak było, to bym tu siedziała. Liz… Nie zostawiaj mnie. Wystarczy mi, że straciłam Alexa i Michaela. Nie mogę pozwolić, żebyś ty też odeszła.
W tym samym momencie Liz cała zesztywniała.

—_Liz… Co się dzieje?
Ciemnowłosa dziewczyna jęknęła. Głowę odgięła do tyłu. Zaczęła się trząść. Zrobiła się blada. Biała jak ściana.

— Maria… – jęknęła Liz.

— Kochanie co się dzieje.

— To Max… Maria oni nie żyją. Max, Michael i Isabel nie żyją… – szepnęła Liz.
Maria odsunęła się.

— Nie mów tak. Nie mów takich rzeczy. Przerażasz mnie.

— Nie rozumiesz… Ty nic nie rozumiesz… Oni nie żyją. Tess ich zdradziła.

— Liz przestań!!! To nie jest prawda. Nie wiem co się stało tam na pustyni, ale nie możesz wymyślać takich rzeczy.
Liz zerwała się z łóżka. Złapała Marię za ramiona i zaczęła nią trząść.

— Nie jestem wariatką. Oni nie żyją. Zrozum to… ONI NIE ŻYJĄ!!! – zaczęła krzyczeć.
Maria wyrwała się. Przybiegły pielęgniarki.

— Co pani tu robi? Tu nie wolno wchodzić.

— WSZYSCY NIE ŻYJĄ!!! – krzyczała Liz.
Maria zaczęła się wycofywać z pokoju, w tym samym czasie Liz dostała zastrzyk uspokajający. Biegła szpitalnym korytarzem… Zaczęła ją ogarniać panika. Musiała wydostać się na świeże powietrze. Bała się, że zostanie tu na zawsze… Najgorsze było to, że uwierzyła Liz. Uwierzyła, że oni nie żyją. Sama czuła to podświadomie. Wybiegła ze szpitala.

Dwóch lekarzy obserwowało spokojnie, bez emocji całą sytuację. Ich oczy były zimne...

— Czyli plan został wykonany? Liz zostanie do końca życia w wariatkowie.

— A ta Deluca i Valenti?

— O nich nie musimy się martwić. To tylko ludzie. Kavar będzie zadowolony. Fałszywy sygnał podziałał. Uwierzyli, że Królewska Czwórka nie żyję. Chociaż to niedługo i tak się stanie.
Uśmiechnęli się. Kavar ich bardzo dobrze wynagrodzi, może nawet pozwoli wrócić na Antar. Mieli tylko czekać na sygnał.



Poprzednia część Wersja do czytania