Nan

Powrót do Domu (20)

Poprzednia część Wersja do czytania Następna część

Jennie:

Czy skłamałam mówiąc Chrisowi, że Roswell nie bardzo mnie rozczarowało? Chyba nie. Faktycznie oczekiwałam czegoś pośredniego między Las Cruces a jakiś normalnym, dużym miastem w rodzaju Houston, w którym kiedyś byliśmy z klasą w NASA. Zabawne, ja i NASA. Gdyby tylko ci naukowcy wiedzieli, że w grupie zafascynowanych dzieciaków, które oprowadzali po miejscu, z którego startował Apollo 11... ale rzecz jasna nie wiedzieli. W każdym razie spodziewałam się czegoś właśnie w tym rodzaju – prowincjonalne, ale nie do końca, normalne, choć w ten nienormalny sposób, nudne z pozoru a pasjonujące gdy się przyjrzeć. Upodobałam sobie zwłaszcza siedzenie w kafeterii dziadka i po prostu przyglądanie się ludziom jedzącym zwykłe hamburgery pod niezwykłą nazwą. Chris spędził w ten sposób razem ze mną dwa dni i zbuntował się. Oznajmił, że to dla niego zbyt nudne i że woli połazić po mieście. Uśmiechnęłam się pod nosem – obejrzeliśmy już wszystko, co było tu do obejrzenia, a w Muzeum UFO byliśmy nawet dwa razy. Co on chciał tutaj robić – nie mam pojęcia. On więc przepadał na całe dnie, ja z kolei obserwowałam życie w kafeterii. Zawsze wolałam raczej obserwować niż brać w czymś udział i przez cały dzień tylko latały w powietrzu SMSy – i to z taką częstotliwością, że aż było słychać furkot powietrza rozcinanego pędzącymi wiadomościami telefonicznymi. Słowo daję, że to słyszałam. Dla odmiany część SMSów wysyłałam do Eve. A wieczorem i tak siadywaliśmy na balkonie w moim pokoju i rozważaliśmy to, co zdarzyło się w ciągu dnia, choć wiele tego nie było. Mnie jednak odpowiadała taka forma wakacji. Zapomniałam powiedzieć, że dostałam przydział na stary pokój mamy. Owszem, był fajny, z tym całym lekko przestarzałym wyposażeniem, a uroku dodawał mu ten balkon. U nas w ogóle nie miałyśmy balkonu – czego można żądać od niedrogiego mieszkania w normalnej dzielnicy?

Chris dziwił się, czemu nie chodzę razem z nim. Ja za to miałam dziwne przeświadczenie, że będę miała jeszcze na to czas – na razie wolałam zorientować się i wczuć w atmosferę tego nieco sennego miasta, które czasami budziło się by znów zapaść w letarg w południe. Chris tymczasem chadzał po mieście w towarzystwie Alex. Alex miała czternaście lat i była rozwydrzoną córką ciotki Isabel. Nie pałałam do niej wielką sympatią i na myśl o wspólnym spędzeniu całego dnia cierpła na mnie skóra, Chris z kolei nie miał nic przeciwko niej. W ogóle wytworzył się jakiś taki dziwny podział – Chris odnosił się z rezerwą do ciotki Isabel i do wuja Michaela, ale Alex polubił błyskawicznie, ciotka Maria nudziła go i lubił spędzać czas u dziadków Evansów; ja z kolei nie przepadałam za Alex, wuja Michaela polubiłam od pierwszego spojrzenia a do ciotki Isabel odczuwałam coś pomiędzy szacunkiem i podziwem – imponowało mi, że pracuje w takiej firmie, zna tyle osób z pierwszych stron gazet i nic co w sklepach nie ma dla niej tajemnic. Doszła do pewnego rodzaju mistrzostwa, a wszelkie mistrzostwo wymagało ogromnej pracy. I to mi się w niej podobało. To, że była idealna i w swoim fachu była kimś, doceniałam to, co osiągnęła. Tak, ciotkę bardzo polubiłam.

Powinnam chyba dodać, tak dla ścisłości, że rzadko chodziłam do domu państwa Evansów. Raz z powodu Alex, a dwa – no cóż, czułam się tam trochę... nieswojo. Babcia usiłowała udawać, że wcale się we mnie nie wpatruje, ale nie posiadała zdolności aktorskich. Dziadek pogadał ze mną chwilę, poczym zajął się Chrisem. Obecność dziadków szczerze mówiąc trochę mnie deprymowała i głupio było mi tam siedzieć, bo wciąż porównywali mnie do taty. Moja pierwsza i jak dotąd jedyna wizyta u nich ograniczyła się do tego, że zajrzałam do dawnego pokoju ojca – tyle że obecnie mieszkała w nim Alex, więc na wiele mi to nie przyszło. Wolałam spędzać czas patrząc dyskretnie na ludzi.

Dziadek Parker był zachwycony moim siedzeniem w Crashdown. Powtarzał z upodobaniem, że oto w końcu jest ktoś, kto to przejmie, że ja przynajmniej nie wyrodziłam się, że doceniam jego trud i pracę i że gdy tylko skończę szkołę, on przepisze na mnie kafeterię i kto wie, może nawet otworzymy wtedy wspólnie kolejną. Uśmiechałam się uprzejmie, kiwałam głową i miałam wrażenie, że dziadek chciałby stworzyć coś w rodzaju kulinarnego imperium by stać się tym samym odpowiednikiem Octave’a Moureta z powieści Zoli. Nie byłam tylko pewna, czy miałam być Denise, bo odrobinkę nie pasowała do tego fabuła powieści...

W każdym razie na ogół tkwiłam przy moim stanowisku obserwatorskim przy barze, a gdy ruch wyjątkowo nasilał się (w końcu były wakacje i po ulicach przelewały się tłumy) pomagałam dwóm kelnerkom. W zasadzie zatrudnione były cztery, ale pracowały na zmiany. Nie zakładałam rzecz jasna mundurka czy też czułek – bez przesady, ja tam tylko pomagałam – ale wypełniałam swoją robotę porządnie. I w sumie bardzo mi się to podobało.

Ciotka Maria stanęła po drugiej stronie baru i westchnęła ciężko.

—Mam dosyć – oznajmiła. Nie poczułam się tym zdziwiona – ciotka mówiła tak z częstotliwością raz na godzinę. Uśmiechnęłam się tylko. – Gdzie podziewa się twoja matka? – zapytała ciotka patrząc na mnie uważnie. Ciotka Maria była chyba jedyną osobą, która była skłonna doszukiwać się we mnie podobieństw nie do ojca czy też do matki, jak ciągle powtarzał dziadek, ale – uwaga – do ciotki Isabel. Powiedziała niedawno mamie, że jestem wykapaną Isabel. Nie moja wina, że mam dobry słuch... Ja co prawda nie widziałam w sobie nic pięknego, ale cóż, sprzeczać się nie będę.

—Nie wiem – odparłam szczerze. – Nie mówiła, gdzie się wybiera.

—A twój brat? – indagowała dalej Maria.

—Nie wiem – powtórzyłam. Ciotka Maria miała największe problemy z zaakceptowaniem Chrisa jako Chrisa; wuj Michael zresztą też, ale udawał że to nie prawda. Nie mogłam zrozumieć co im się w nim nie podoba, ale widziałam, że oboje podchodzą do niego... z rezerwą, delikatnie mówiąc. Hm. Szczerze mówiąc to było mi wszystko jedno, co oni myślą, cieszyłam się tylko w duchu, że nikomu nie wpadło do głowy wypytywać mnie na przykład o okoliczności śmierci ojca. Może mama już wyjaśniła, bo ja w każdym razie nie zamierzałam o tym w ogóle rozmawiać. – Chris pewnie włóczy się gdzieś z Alex, a mama być może konferuje z Michaelem.

Twarz ciotki zaczerwieniła się gwałtownie. Ups – powiedziałam coś głupiego? Może powinnam była powiedzieć „z wujem Michaelem”...?

—Przepraszam – facet siedzący przy stoliku numer osiem chyba już skończył jeść. Nauczyłam się już bezbłędnie numerów wszystkich stolików i podziału kafeterii na rewiry.

—O matko – mruknęła z niezadowoleniem ciotka Maria. – Już nie czuję nóg, a ten jeszcze każe mi latać...

—Niech ciocia zostanie, ja pójdę – powiedziałam wstając z mojego krzesła. Miałam na sobie coś w rodzaju firmowego fartuszka i przypiętą na piersi plakietkę z imieniem, tak żeby nie było wątpliwości, że jestem „stąd”.

—Naprawdę? – zapytała z wdzięcznością ciotka. – To idź, masz tu mój bloczek – powiedziała wpychając mi do ręki bloczek z zamówieniami.

Podeszłam do stolika. Facet który przy nim siedział miał jasne włosy, ciemne oczy i coś dziwnego w twarzy, ale nie zastanawiałam się nad tym, co to było. Z całą pewnością jednak w kącikach jego ust było coś szyderczego.

—Rachunek proszę – powiedział. Zerknęłam na bloczek, gdzie widniało zamówienie wypisane szybkim, zamaszystym pismem ciotki.

—Dwanaście dolarów i czterdzieści pięć centów – odparłam. Gdyby ktoś mi powiedział, że w wakacje będę zajmowała się matematyką, to bym nie uwierzyła.

—Pani jest może spokrewniona z Maxem Evansem? – zapytał mężczyzna wyjmując z kieszeni portfel. Spojrzałam na niego niepewnie. Przyzwyczajenie krzyczało, by zaprzeczyć, ale z drugiej strony... byłam w Roswell, tu nic się nie ukryje.

—Tak – odparłam z wahaniem.

—Podobna jest pani do niego... córka? – pytał dalej. W tym momencie rozum w końcu wyszedł na swoje. Uśmiechnęłam się tylko tajemniczo.

—Zna go pan? – odparłam pytaniem na pytanie.

—Kiedyś się spotkaliśmy – powiedział mężczyzna patrząc z jakąś dziwną miną na ścianę przed nim. – Ale wątpię, żeby mnie teraz poznał. Trochę się zmieniłem od tamtego czasu, zresztą – była to tylko przelotna znajomość. W każdym razie – przeniósł wzrok na mnie. – Proszę go pozdrowić przy najbliższej okazji... Reszty nie trzeba – dodał kładąc na stoliku dwadzieścia dolarów, poczym wstał i wyszedł z kafeterii jak gdyby nigdy nic. Patrzyłam za nim lekko zaniepokojona. Już nawet nie chodziło o kolosalny wręcz napiwek w wysokości siedmiu dolarów i pięćdziesięciu pięciu centów; w jego ostatnich słowach było coś dziwnego... a może to tylko reakcja mojej wyobraźni. Nie co dzień spotykałam ludzi, którzy znali mojego ojca...

—Czy ciocia zna tego faceta, który właśnie wyszedł? – zapytałam wracając do ciotki. Maria rzuciła na mnie okiem nie przerywając przecierania szklanek, które ustawiała w piramidę.

—Nie bardzo – odparła. – A co?

—Nie wiem... – szepnęłam z zamyśleniem. – Powiedział, że znał kiedyś ojca...

—Mimo wszystko mało kto wyjechał z Roswell – odparła filozoficznie ciotka. – Pewnie chodzili razem na jedne zajęcia z wfu albo coś takiego...

—Pewnie tak – przytaknęłam, usiłując zdusić w sobie jakieś dziwne poruszenie. Najchętniej to wybiegłabym za tym facetem i wypytała o wszystko.

I kto wie, być może nawet bym to zrobiła, gdyby nie to, że dzwonek przy wejściu dźwięknął donośnie, a do kafeterii wkroczył Bobby, syn ciotki, razem z jakimś facetem. Bobby’ego już znałam i uważałam go za bardzo miłe dziecko, ale faceta wcześniej nie spotkałam.

—Cześć Kyle – powiedziała ciotka. – Hej młodzieńcu – dodała puszczając oko do syna.

Popatrzyłam ciekawie na faceta, który przyprowadził Bobby’ego. Więc to był ten Kyle Valenti, o którym najpierw mówiła mama a potem ciotka Isabel, i to z niego właśnie śmiała się ciotka Maria wychwalając go jednocześnie! Mama i Maria rozmawiały o nim bardzo długo któregoś wieczora stojąc w kuchni, oplotkowywując wszystkie aspekty jego życia. Nie miałam zamiaru ich podsłuchiwać, ale takie są skutki jak rozmawia się w otwartej kuchni.

Po raz pierwszy w życiu widziałam buddystę i szczerze mówiąc odrobinkę mnie rozczarował – chociaż raczej in plus... Był średnio wysoki i szalenie przystojny – ciemnowłosy, baczki, wesołe oczy i ujmująca twarz. Wiedziałam, że był dokładnie w wieku mamy, ale zupełnie na to nie wyglądał. Dałabym mu najwyżej jakieś trzydzieści lat... Jedno było pewne – że był to z całą pewnością łamacz serc. Być może zdawał sobie z tego sprawę albo i nie, ale łamacz.

Bobby zachichotał.

—Cześć – odparł gramoląc się na krzesło obok mnie. – Cześć. Co jesz? – zapytał patrząc na mnie z zaciekawieniem.

—Nic nie jem – uśmiechnęłam się widząc zawiedzioną minę Bobby’ego. Słowo daję, że ten mały miał żołądek bez dna. Popatrzyłam znowu z zaciekawieniem na Kyle’a Valentiego.

—Zmiana warty przy następcy tronu – zażartował Kyle i zamilkł spostrzegłszy mnie. Być może ciotka Maria oplotkowała razem z nim i matkę i mnie, bo przyglądał mi się z dyskretną ciekawością. Zarumieniłam się i uciekłam wzrokiem w bok.

—Rany, wy się przecież jeszcze nie spotkaliście – zauważyła ciotka Maria. – Jennie, to jest Kyle Valenti, mój tak zwany rąbnięty braciszek. Kyle, to jest Jennie Evans.

—Miło mi pana poznać – powiedziałam sztywno wyciągając do niego rękę.

—Mów mi po prostu Kyle – uśmiechnął się ściskając mi dłoń. Miał ciepłą, silną rękę – i całe szczęście nie miał uścisku śniętej ryby. Nie znoszę tego, bo zawsze mam wtedy wrażenie, że albo mnie lekceważą, albo zaraz zemdleją. – Mnie również jest bardzo miło, tym bardziej że i Maria, i Isabel wiele mi mówiły o was... a zwłaszcza o tobie.

—Mam nadzieję, że nie powiedziały nic takiego strasznego – odparłam. Byłam na siebie wściekła, że użyłam tak wyświechtanego frazesu, ale nie byłam w stanie wymyślić nic bardziej oryginalnego.

—Zapewniam cię, że nie, wręcz przeciwnie – powiedział z uśmiechem Kyle.

Ciotka Maria przyglądała nam się z jakąś dziwną miną od dłuższej chwili.

—Niesamowite, mój brat przemówił ludzkim głosem – odezwała się niespodziewanie. – Masz niezwykłe właściwości, dziewczyno.

—W przeciwieństwie do ciebie – odparował natychmiast Kyle.

—Głodny jestem – oznajmił Bobby. Dzieciak-wór.

—Widzisz, dziecko chcesz zagłodzić – powiedział Kyle z kpiącym uśmiechem. Ciotkę Marię zatkało na chwilę, co zresztą sprytnie wykorzystał Kyle. – Miłego popołudnia, siostrzyczko. Cześć harcerzu, smacznego – zwrócił się do Bobby’ego i spojrzał na mnie. – Do zobaczenia wkrótce, mam nadzieję – dodał uśmiechając się łagodnie.

—Do zobaczenia – odparłam. Miałam nadzieję, że tym razem nie zarumienię się jak ta ostatnia kretynka, nie wiadomo dlaczego.

Zanim ciotka Maria odzyskała dech, Kyle już się ulotnił.

—Co za małpa! – krzyknęła. – Co za potwór! Zapamiętaj sobie raz na zawsze, Jennie, że wszyscy faceci to zdrajcy, a już zwłaszcza on!

Patrzyłam z ciekawością na ciotkę. Była wściekła i miotała wzrokiem błyskawice – aż strach wejść jej w drogę gdy jest wściekła. Nie sądzę jednak, że to, co powiedział Kyle mogło ją aż tak wyprowadzić w równowagi. Jednak w chwilę później ciotka przyszła już do siebie i odzyskała spokój. Myślę, że ciotka po prostu uwielbiała kłócić się z Kyle’m i że to był jej sposób na odreagowanie wszystkiego. Powściekać się przez chwilę a potem jest lepiej niż było.

—Witaj, kochanie – odwróciłam się. Do kafeterii weszła babcia razem z Alex. Zgrzytnęłam w duchu zębami i zdziwiłam się jednocześnie odrobinę – byłam przekonana, że Chris był razem z nimi, a tu proszę, tylko babcia i Alex... Jedno jest pewne – był środek dnia a w Crashdown panował nieustanny ruch. Nie było czasu na nudzenie się, najpierw tamten dziwny facet, potem błyskawiczna wizyta Kyle’a a teraz babcia z Alex. Ciekawe, myślałby kto, że to centrum kulturalne i socjalne całego Roswell...

Babcia cmoknęła mnie w policzek, a z Alex obrzuciłyśmy się tylko chłodnymi spojrzeniami i skinęłyśmy sobie głową.

—Dzień dobry, pani Evans – ciotka Maria przywołała na twarz fachowy uśmiech. – Coś podać? Może coś do picia? Alex, może ty?

—Nie, dziękuję ci bardzo, ale wpadłam tylko porwać moją starszą wnuczkę na wspólne zakupy – uśmiechnęła się babcia. Szczęka mi zesztywniała – zakupy? Ja – i zakupy z Alex? Ja rozumiem, że babcia cieszy się najazdem wnucząt, ale bez przesady!

—Ach, skoro tak, to nie zatrzymuję – uśmiechnęła się ciotka. Jednak niechęć między mną a Alex była obustronna i jej również nie uśmiechało się spędzanie czasu w mojej obecności tak samo jak mnie. To chyba była jedyna rzecz, która nas łączyła.

—A ja owszem, poproszę coś do picia – zaoponowała Alex. – Umówiłam się tutaj z matką, że na nią poczekam. Miała mnie gdzieś zabrać czy coś takiego.

Byłam pewna, że Alex wymyśliła to sobie przed chwilą, ale nie powiedziałam ani słowa. Babcia za to tak jakby nieco się zmartwiła.

—Jaka szkoda! – zawołała ze szczerym żalem. – Ale wiesz co, zadzwonię do Isabel i powiem, żeby nie przyjeżdżała tutaj, bo pojechałyśmy we trzy na zakupy... albo jeszcze lepiej, wybierzemy się wszystkie cztery!

—Nie! – zaprotestowałyśmy zgodnie z Alex, jednym głosem. Babcia spojrzała na nas zaskoczona, a ciotka Maria obserwowała wszystko z rozbawieniem, podczas gdy Bobby pochłaniał ogromną porcję frytek.

—Być może ciocia ma coś ważnego do załatwienia, chyba nie ma sensu przeszkadzać jej teraz. Poza tym może nie warto psuć jej planów na popołudnie – powiedziałam szybko. Babcia spojrzała przeciągle na mnie, potem przeniosła wzrok na Alex.

—No może... – powiedziała niepewnie. – Ale może w takim razie zostaniemy tu razem z Alex i poczekamy na Isabel? – zaproponowała. Ścierpłam – babcia była całkiem fajna, ale miała koszmarne pomysły.

—Nie nie nie! – zawołała natychmiast Alex. – To znaczy, po co macie tu siedzieć razem ze mną i rezygnować z zakupów? Jedźcie same, wspólnie wybierzemy się następnym razem.

Babcia jeszcze się wahała.

—Jesteś pewna...? Hm, no może i macie rację, w końcu tyle czasu przed nami... – odetchnęłam z ulgą. Wystarczy, że będę musiała znosić łażenie po sklepach... – Maria, zostawiam ci pod opieką moją wnuczkę. Jennie, idziemy.

Centra handlowe wszędzie są takie same i od zawsze kierują się jedną zasadą – byle więcej. Więcej ludzi, więcej towaru, więcej powierzchni, więcej czasu, więcej pieniędzy, więcej przepychu. Nie mam pojęcia, czemu ich tak żywiołowo nie znosiłam. Drażniły mnie tymi jarmarcznymi kolorami i muzyką, denerwowały mnie te tłumy, kobiety z rozgorączkowanymi oczami wydzierające sobie nawzajem przecenione towary... Stanowczo wolałam rząd sklepików wzdłuż jednej ulicy, które były bardziej kameralne i spokojniejsze. Po lekturze Zoli apogeum mojej pogardy dla wielkich sklepów osiągnęło swój szczyt. Doszłam do wniosku, że w dziedzinie przyciągania klienta wszystko zostało już opisane blisko półtora wieku wcześniej, że nawet rozmieszczenie sklepów w galeriach jest kopiowane oraz że wszystko, co było do wymyślenia zostało już wymyślone i że każdy kolejny magazyn jest identyczny z tym na przykład w Europie czy w Australii. W każdym razie centrum w Roswell było niemal takie samo jak w Las Cruces. Kupa ludzi, jazgotliwa muzyka i „rewelacyjne wyprzedaże”. Ha ha ha. Niestety, okazało się, że moja babcia jest właśnie tym, co fachowcy określają mianem targetu – oczy zaświeciły jej się na widok wystawy butów, a przy artykułach tekstylnych straciła głowę. Chodziłam grzecznie za nią, nudząc się niepomiernie, macając machinalnie materiały, oglądając kapelusze i przymierzając buty. Usiłowałam ukryć zdegustowaną minę pod maską zachwytu, ale w głębi duszy byłam rozczarowana. Myślałam, że babcia była kimś w rodzaju dystyngowanej kobiety. Nie uważałam jej rzecz jasna za jakąś angielską królową czy hrabinę, ale myślałam, że jest nietuzinkowa, że ma swój styl, czytuje określony rodzaj książek i ma szerokie zainteresowania. A tutaj okazywało się, że była taka sama jak setki innych kobiet i w niczym się od nich nie różniła.

Westchnęłam ciężko.

—Ooooch, popatrz tylko, popatrz, jakie piękne! – zawołała szeptem babcia nie mogąc oderwać wzroku od czerwonych, szalenie eleganckich pantofli, które przy okazji miały szalenie elegancką cenę. Rzuciłam okiem na buty i nieuważnie skinęłam głową przyświadczając, że tak, piękne. Babcia zażądała przymierzenia ich przeze mnie. Stwierdziła, że leżą na mnie wprost idealnie i że nic piękniejszego nie można znaleźć, poczym uparła się je kupić.

—Na żadnej innej nodze nie wyglądałyby piękniej – dodała sprzedawczyni, która nie wiadomo skąd i kiedy się przy nas pojawiła.

—Nie noszę takich butów – zaprotestowałam. Istotnie nie nosiłam pantofli, i to w dodatku czerwonych... – Do czego ja to włożę? – dodałam na moje nieszczęście. Babci znowu zapłonęły oczy.

—O, to to! – zawołała z zachwytem. – Widzisz, skoro nie masz do czego włożyć takich butów... to trzeba kupić ci coś do kompletu!

Zbaraniałam. Nie podobała mi się idea sprawiania mi przez babcię nowej garderoby, czułam się nieswojo z myślą, że ktoś zupełnie obcy zamierza wybierać i płacić za ubrania, które teoretycznie miałabym nosić. W dodatku przestraszyłam się, że teraz, w ramach okazywania wdzięczności, przy każdym spotkaniu z babcią będę musiała to zakładać...

—Ale to nie jest mój styl – zaprotestowałam słabo. Babcia potraktowała mój protest lekceważąco.

—Może i nie, ale powinnaś mieć coś ekstra – odparła z głębokim przekonaniem. – Nigdy nie wiesz, co cię spotka i lepiej jest być przygotowanym na wszystko.

Przyznam, że jej ostatni argument zaskoczył mnie. Jeszcze nie słyszałam, żeby ktoś podchodził do zakupów w taki sposób...

—Zresztą widzisz, gdybyśmy znały się od początku, już wcześniej zadbałabym o to, żebyś miała co trzeba – babcia objęła mnie ramieniem i ciągnęła dalej. – Liz, twoja mama, jest bardzo miłą dziewczyną, ale zupełnie nie rozumie, że młodej dziewczynie potrzeba takich fatałaszków – uśmiechnęła się. No cóż, babciu, ja też nie rozumiałam, że potrzebuję czegoś takiego. – Ale nie martw się, już my to naprawimy... A swoją drogą to czemu nie przyjechałyście wcześniej? Przecież ja i dziadek pomoglibyśmy wam z radością. Max był naszym ukochanym synem, to przecież najzupełniej naturalne, że przyjęlibyśmy was z otwartymi ramionami.

A kuku! Więc to o to chodziło pod całą tą przykrywką zakupów. Babcia po prostu robiła wywiad...

—Mama z babcią nie rozmawiała? – zdziwiłam się robiąc niewinną minkę. Przypuszczałam, bardzo prawdopodobnie zresztą, że moja matka istotnie unikała rozmowy z babcią na ten temat, odkładając ją na później. Nie przewidziała tylko, że babcia wyciągnie mnie na zakupy a przy okazji – zahaczy niby przypadkiem o to, co ją interesowało. Ja z kolei nie miałam ochoty być buforem między babcią a matką...

—Widzisz, tak jakoś nie bardzo nam się złożyło – babcia zaczerwieniła się nieco. – Może usiądziemy spokojnie w jakiejś kawiarence i porozmawiamy jak babcia z wnuczką, co?

Zgodziłam się z czystej ciekawości, choć nie uważałam, żeby w tych kawiarenkach można było spokojnie porozmawiać.

—Więc czemu nie przyjechałyście do Roswell wcześniej? – babcia wróciła do swojego pytania gdy postawiono przed nami dwie filiżanki z kawą. Popatrzyłam uważnie na babcię, usiłując odgadnąć, co też wiedziała a czego nie i czy mam jakoś ograniczać to, co miałam zamiar powiedzieć...

—A co mama powiedziała babci? – zapytałam z zamyśleniem.

—Nie wiem. Wiem. To znaczy inaczej, rozmawiałyśmy... Liz mówiła mi o tym, jak Max... no wiesz... – babcia urwała. Skinęłam w milczeniu głową – pewnie, że rozumiałam... – W każdym razie nie mówiła mi, dlaczego nie wróciłyście do Roswell po... po tym wydarzeniu. Ja rozumiem, że tutaj mogłyście się czuć niezbyt bezpieczne, ale... – mówiła babcia jakimś takim żałosnym tonem. – Przecież byłyście tam takie samotne przez tyle lat...

—Nie było aż tak źle, babciu – powiedziałam uśmiechając się smętnie. – Nie wiem, dlaczego nie wróciłyśmy, może mama po prostu się bała. Zresztą o tym, że wszystko zaczęło się w Roswell, dowiedziałam się właściwie przypadkiem i to bardzo niedawno.

—Ale dlaczego? – powtórzyła z uporem babcia. – Dlaczego przez tyle czasu nie dałyście znaku życia? Boże, ja każdego dnia modliłam się, żeby wszystko było z wami w porządku, nie miałam pojęcia, gdzie jesteście i za każdym razem bałam się oglądać telewizję i czytać gazety, żeby przypadkiem nie dowiedzieć się o jakimś wypadku... Gdybym tylko wiedziała...!

—Ale ani babcia nie wiedziała, ani ja – zauważyłam przytomnie.

—Ale jak wyście sobie poradziły? – babcia patrzyła na mnie z lekkim niedowierzaniem. – Przecież byłyście tylko we dwie! Nie czułaś się tam samotna?

—Nie bardzo – odparłam szczerze. – Mam tam przyjaciółkę, taką prawdziwą – uśmiechnęłam się myśląc o Eve. Tak, naprawdę byłyśmy przyjaciółkami. I obiecywałam sobie, że któregoś dnia opowiem jej całą prawdę o mnie. Głupio mi było okłamywać moją jedyną przyjaciółkę, ale zasada, by nigdy nic nikomu nie mówić, którą wpoiła we mnie mama na samym początku, tkwiła we mnie na mur.

—A Liz? Przecież ona tam nikogo nie ma – zauważyła babcia. Uśmiech natychmiast znikł z mojej twarzy.

—Och, nie sądzę, żeby czuła się tam samotna – powiedziałam z niechęcią. – Chyba wręcz przeciwnie...

—Co masz na myśli? – podchwyciła natychmiast babcia. Zastanowiłam się przez chwilę, czy mogę już powiedzieć wszystko, skoro zapędziłam się tak daleko. Decyzję podjęłam błyskawicznie.

—Pan Andrew Fox z całą pewnością nie pozwala matce czuć się samotnie. Ciągle dotrzymuje jej towarzystwa, nawet w szkole, pracują razem w jednej szkole i Fox uczy mnie angielskiego – rozumie babcia? Mój własny nauczyciel! – zaczęłam usiłując pohamować wzburzenie, które pojawiło się na samo wspomnienie tego faceta. W końcu znalazł się ktoś, kto nie tylko mnie wysłucha, ale i poprze moje zdanie o tym wszystkim! Jak dotąd milczałam, nie mówiąc nic nikomu i starając się umacniać tamę moich złych uczuć, tak teraz jedna cegiełka poruszona przez babcię wystarczyła, by cała gorycz zaczęła się ze mnie wylewać istnym potokiem. – Gdyby nie Chris, to dalej nie miałabym pojęcia, że mam rodzinę w Roswell, bo oczywiście jemu matka zdecydowała się opowiedzieć absolutnie wszystko, ja widać nie dorosłam jeszcze do pewnych rzeczy. W ogóle gdyby nie on, to być ten cały Fox zagnieździłby się w naszym mieszkaniu i maltretował Szekspira przy śniadaniu, bo matka powstrzymuje się jedynie ze względu na Chrisa. Może nie chce wyjść przed nim na jakąś taką, a może nawet ma coś w rodzaju wyrzutów sumienia, bo w końcu Chris przypomina jej o ojcu! Mam wrażenie, że ona już zupełnie zapomniała o tacie, że postawiła na nim kreskę i przeszła nad tym do porządku dziennego, akceptując wszystko, co jej się przydarza! Rozumie babcia, tak nagle, nie wiadomo dlaczego, pozwala żeby ją obskakiwał, tak, jakby tata nigdy nie istniał! W każdym razie jeśli ktoś miałby się czuć samotny, to prędzej ja niż ona – urwałam i wypiłam duszkiem całą kawę. Nie obchodziło mnie, że zapewne byłam niesprawiedliwa i że źle oceniałam matkę, ale wszelkie racjonalne myśli nie miały do mnie dostępu gdy tylko przychodził mi do głowy Fox – a przychodził gdy pomyślałam o matce i o ojcu. Gdybym nagle spotkała przed sobą profesora Foxa, chyba popełniłabym morderstwo.
Milczałam, usiłując pozbierać jakoś wszystkie moje emocje. Miałam niejasne wrażenie, że powiedziałam za dużo niż chciałam, ale nie zamierzałam tego teraz roztrząsać.

Babcia milczała, nieco ogłuszona i oszołomiona moim nagłym wybuchem. Również milczałam, wpatrując się ponurym wzrokiem w serwetkę na której stała moja filiżanka.

—Wierzę, że czujesz się wzburzona – powiedziała w końcu babcia. – Ja również jestem... zaskoczona, ale być może oceniasz Liz zbyt surowo. W końcu tyle lat...

Tego było dla mnie już za dużo.

—Zbyt surowo dlatego, że nie zapomniałam o ojcu, tak? – zapytałam zimno. – Bo może babcia również już o nim zapomniała? W końcu to było tylko adoptowane dziecko – wiedziałam, że przekroczyłam linię, ale temat mojego ojca zawsze był dla mnie szczególny. Tata był dla mnie czymś pośrednim między bóstwem a ideałem, wierzyłam w niego bardziej niż w siebie.

—Jennie, jak możesz tak mówić! – zawołała z oburzeniem babcia.

—Przykro mi, że babcię uraziłam – powiedziałam sztywno odsuwając krzesło. – Pozwoli babcia, że stąd wyjdę, bo od tego dudnienia rozbolała mnie głowa.

Wstałam z miejsca i skierowałam się do wyjścia, zostawiając przy stoliku zaskoczoną babcię razem z zakupami. Istotnie rozbolała mnie głowa, nie wiem tylko, czy od tego dudnienia udającego muzykę, od dymu papierosowego i ciężkich perfum czy też od tej rozmowy i przeświadczenia, że o wiele łatwiej zyskuje się wrogów niż przyjaciół.

A te czerwone pantofle zawsze można dać Alex – z całą pewnością jej się spodobają.





Poprzednia część Wersja do czytania Następna część