Kath7 - tłum. Milla

Burn For Me (14)

Poprzednia część Wersja do czytania Następna część

CZĘŚĆ 14


Po rozmowie z szeryfem rzuca się i przewraca przez dwie bezsenne noce. Przed świtem trzeciego dnia wie, że nie zazna spokoju dopóki nie pojedzie do miasta. Ale wie też, że nie może tego ryzykować. I tak jest przyzwyczajony do bezsennych nocy. Rzadkością było by Pierce pozwolił mu zaznać spokoju w nieświadomości. A po tym jak zniknęły sny o Liz, w ogóle rzadko kiedy sypiał.

Nie może zobaczyć swoich przyjaciół, ale świadomość, że oni są tak blisko, a jednak tak daleko, zjada go od środka. To dużo gorsze niż wszystko co zrobił mu Pierce. Max zaczyna żałować, że zadzwonił do szeryfa. Gdyby nie wiedział, że oni są w Nowym Jorku, tak blisko jego kryjówki tuż za granicą kanadyjską, nie czułby się w ten sposób.

Czwartego dnia jest słaby. Chce jechać. Prawie sam siebie przekonał, że dopóki się do nich nie zbliży, dopóki zobaczy ich z daleka, będą bezpieczni. Może jechać. Nikt się nigdy nie dowie. Postanawia, że wyjedzie wcześnie następnego dnia. Tej nocy łatwo zasypia.

Po raz pierwszy od trzech lat Max śni o Liz i pamięta o tym, kiedy się budzi.

W jego śnie wszystko co Pierce powiedział, że jej zrobił, powraca, prześladując Maxa, dusząc go. Próbuje ją uratować, ale z każdym krokiem który robi w stronę miejsca, gdzie ona leży na noszach, ona się oddala. Niespodziewanie ona leży u jego stóp, krew spływa z jej nosa i ust. Pada na kolana przy jej drobnym, zmaltretowanym ciele i delikatnie bierze ją w ramiona. Coś, czego nigdy nie był w stanie zrobić w prawdziwym świecie.

Po moście nigdy więcej jej nie zobaczył. Ma tylko okrutne opowieści Pierce – i swoją żywą wyobraźnię – o tym, co się z nią stało. Ale nigdy nie był pewien, czy coś z tego jest prawdą. Pierwszej nocy po powrocie do Białego Pokoju, kiedy odzyskał świadomość, wiedział, że ją stracił. To było uczucie jakby coś zostało wyrwane z głębi jego duszy. Nie mógł jej więcej wyczuć, nie mógł dłużej wyczuć tej jasnej obecności, którą była Liz, płonącej w jego sercu. Nie zdawał sobie nawet sprawy z tego, że tam była od dnia kiedy uleczył ją w Crashdown, aż do po moście, kiedy jej nie było.

We śnie – nawet po trzech latach – jest tak samo. Ona umiera, ciągle ją traci i żal nie zniknie. Max wpatruje się w jej posiniaczoną twarz i wznosi oczy do niebios. Wyje z bólu, kiedy czuje jak ona porusza się w jego ramionach. Gwałtownie zwraca twarz w dół, jego serce wali tak szybko, kiedy ona otwiera oczy. Jej spojrzenie nagle przeszywa jego duszę.

"Ty żyjesz! Liz, ty żyjesz." pochyla głowę by obsypać pocałunkami całą jej twarz, przygotowuje się do uleczenia jej fizycznych ran. Nawet we śnie, już planuje. Razem uleczą rany w swoich duszach. Znów mają siebie. Przetrwają wszystko, dopóki mają siebie nawzajem.

"Ja nie żyję Max." Jej głos jest smutny. Znów zamyka oczy.

Scena się zmienia i Liz jest przed nim, znowu żywa. Stoi na skraju mostu, gdzie widział ją po raz ostatni i krzyczy. Krzyczy na niego i jej słowa wcinają się w jego duszę niczym skalpel Pierce'a wcinał się w jego ciało.

"Ty mi to zrobiłeś! Przez ciebie jestem martwa! Zabił mnie, żeby cię torturować! Ocaliłeś mnie tylko po to, żeby doprowadzić mnie do tego. Za dnia próbujesz wyrzucić mnie z pamięci, ale nigdy nie pozwolę ci zapomnieć. To jest twoja kara. Wróciłam i tym razem zamierzam cię prześladować przez całą wieczność. Zginęłam przez ciebie!"

Robi krok w jej stronę z błagalnie rozpostartymi ramionami. "Liz, proszę..."

"Ty mi to zrobiłeś," mówi raz jeszcze, jadowicie. Po czym odwraca się i skacze z mostu. Próbuje ją złapać, ale jest za późno. Wychyla się przez barierkę i widzi burzącą się poniżej rzekę.

Nie ma jej. Znowu.

Max budzi się gwałtownie, przesiąknięty potem. Oskarżycielskie słowa Liz ze snu dźwięczą w jego uszach.

Ten koszmar wystarczył, by zwalczyć jego instynkt pojechania do Nowego Jorku. To jedyny sposób by zapewnić im bezpieczeństwo. Nie pozwoli by los Liz stał się udziałem któregoś z nich.

Pojechanie byłoby złe. Jest pewny, że Pierce i Jednostka Specjalna go szukają. Musi pozostać w ukryciu. Pierwszą rzeczą jakiej będą oczekiwać to, że on pojedzie do przyjaciół. Musi się trzymać z daleka. Jest przekonany, że oni są obserwowani, nawet teraz. Łatwo będzie ich znaleźć. Z powodu Marii ich miejsce pobytu jest teraz dobrze znane.

Max wie teraz, że szeryf pomniejszył sprawy, kiedy powiedział, że Maria "odniosła całkiem spory sukces". Ona jest wielką gwiazdą, jej płyta jest na szczycie list przebojów. Kupuje ją w miejscowym centrum handlowym piątego dnia. Myśli, że wysłuchanie płyty zapewni go, że oni wiodą produktywne i szczęśliwe życie, że ma rację trzymając się z daleka.

Słucha jednej z piosenek na odtwarzaczu pożyczonym od recepcjonisty z motelu, w którym się zatrzymał. Piosenka jest zatytułowana "Gone" i zanim nawet przebrzmiewa do końca, jest w łazience i wymiotuje. Ból, który przyjaciółka Liz ciągle czuje, słychać w każdym słowie. Poczucie winy zjada go od środka. To przez niego stracili Liz. A najgorsze z tego wszystkiego jest to, że z utworu Marii wie, że oni go nawet za to nie winią.

Tęsknią za nim. Nawet po tak długim czasie, ciągle chcą go z powrotem.

Dobrze im się wiedzie, odnoszą sukcesy w życiu, ale szeryf ma rację. Nie pogodzili się z tym. Ucieszą się na jego widok.

Ale wie, że nie może jechać. Nie narazi ich na niebezpieczeństwo.

Piątej nocy znów śni o Liz. Teraz, kiedy robi właściwą rzecz, Liz przychodzi do niego łagodnie.

Znów stoi na balustradzie mostu, ale tym razem uśmiecha się od niego.

"Liz?" Jest ostrożny, niepewny i dlatego nie rusza się w jej stronę. Czy ona znów skoczy? Czy tym razem ją uratuje?

"Pytałam cię raz. Chcę cię spytać ponownie. Pałasz dla mnie Max?" Brzmi jakby była zadowolona, że go widzi i to sprawia, że jego serce śpiewa.

"Zawsze," odpowiada szybko. "Na zawsze."

"Nieprawda," mówi. Nie brzmi na rozgniewaną, stwierdza tylko fakt. Max marszczy brwi. "Nie robisz tego, nie tak naprawdę. Gdybyś to robił, wiedziałbyś."

"Wiedział co?" Chce ją chwycić, chce ściągnąć ją ze skraju. Jego serce bije szybko. Nie będzie w stanie znieść, jeśli ona znowu skoczy.

"Bez ciebie nie mogę znaleźć mojej drogi powrotnej," mówi mu, jej nastrój trochę się zmienia. Znów jest smutna, odwraca się jakby chciała iść w bok. "Żeby mnie znaleźć, potrzebujesz ich."

"Liz, nie!" Nagle do niej podbiega, ale jest już za późno. Zanim dociera do krawędzi, jej znów już nie ma. Czuje jak dławiący żal podchodzi mu do gardła, ale łzy nigdy nie przychodzą. Bo tym razem jest inaczej.

Rzeka jest spokojna.

Kiedy się budzi nie jest zdenerwowany. Zamiast tego jest zamyślony. Leży w łóżku przez długi czas, wpatrując się w sufit.

O dziewiątej rano jest w autobusie zmierzającym do Nowego Jorku.


Poprzednia część Wersja do czytania Następna część