age

Nie potrafię rezygnować (18)

Poprzednia część Wersja do czytania Następna część

Nie potrafię rezygnować
(część siedemnasta)
Wojna(1)
Zagłada


Wieczór w Crashdown. Jest już po zamknięciu. Wszystkie stoliki są puste prócz jednego. Siedzą przy nim Liz, Max, Michael, Maria, Isabel, Alex, Kaly i Leni.

— Mój ojciec dowiedział się wreszcie kim była ta trójka.- oznajmił Kaly.

— Więc?- Michael nie wyglądał na specjalnie zainteresowanego.

— Zwyczajni opryszkowie. Od kilku miesięcy zrobili sobie z tego magazynu swoją siedzibę.

— To jakaś paranoja.- stwierdził Alex.

— Dlaczego?- Leni zadała pytanie, które wyrażały twarze wszystkich obecnych.

— Bo to nie nasz poziom. My kontra FBI i my kontra Kosmiczni Wrogowie naszych Kosmicznych Znajomych to normalka. Od reszty jest przecież policja.

— Uznajmy, że na jeden wieczór poszerzyliśmy działalność.- po stwierdzeniu Michaela w Crashdown przez pewien czas słychać było tylko śmiech.


Sen Isabel.
Delikatny wiatr, przyciemnione pomieszczenia i wspaniale powiewające materiały nadawały temu miejscu bardzo specyficzny klimat. Podobało jej się tu. Stała w miejscu jakby na kogoś czekała. Jednak nawet przed sobą nie chciała się przyznać na kogo. Wiatr przyniósł jej jego zapach. Wiedziała, że się zbliża. Setki uczuć zaczęły domagać się ujścia. I wtedy to poczuła. Jego obecność. Stał za nią i wpatrywał się w nią tak przenikliwym wzrokiem jakby chciał dojrzeć w najgłębsze zakamarki jej duszy. Isabel ostatkiem sił zmusiła się do przerwania snu.


Mniej więcej w tym samym czasie Zack się obudził. Wstał z łóżka. Podszedł do biurka. Szybko wyciągnął kartkę i kredki. Chwilę po tym jak ułożył się na ziemi na kartce pojawiły się pierwsze kontury pustego, nieumeblowanego domu.


Wczesny ranek. Kaly otworzył oczy. Chwilę później znalazł się na ziemi i wykonywał pompki. Nagle poczuł coś dziwnego. Znał to uczucie. Ostatnio ciągle go nachodziło. Wczoraj o zgrozo nawet pod prysznicem.

— Cześć Leni.

— Nie przeszkadzaj sobie.
Kątem oka zauważył jak układa się wygodnie na kanapie.

— Przerwać czy nie przerwać?- krążyło mu po głowie.

— Wystarczy.- powiedziała Leni.
Kaly spędził jeszcze trochę czasu na podłodze. Nie sam oczywiście.


Równie wcześnie. W pokoju Liz, a dokładniej na jej łóżku. Max i Liz na chwilę oderwali się od siebie.

— Dowiedziałaś się czegoś o tym Skórze?

— O tym konkretnym nic, ale kręci się kilku po okolicy. Ostatnio więcej niż zwykle.

— Zack?

— Jest bezpieczny na tyle na ile to możliwe podczas wojny. Jego szlaban ma swoje dobre strony. Nie wychodzi, więc wystarczy obstawić Crashdown.

— Mimo wszystko to mnie nadal wkurza.

— Nie wątpię tatusiu.

— Znowu ze mnie kpisz..

— Nie. Jakże bym mogła.
Z dołu dobiegł ich głos pana Parkera.

— Liz śniadanie!

— To też mnie nie uspokaja.

— Ale to nie znaczy, że masz gryźć moje ucho!- Liz ściszyła chichot.

— Przyjdę wieczorem.
Kilka minut po tym jak wyszedł przez okno odkleili się od siebie.

— Tylko żebyś odprowadził ją przed północą.- usłyszeli głos zza drzwi. Liz zamknęła okno, pomachała Maxowi i ruszyła do drzwi. Gdy je otworzyła wszedł Zack.

— Już skończyliście?- spytał i rozejrzał się po pokoju i za oknem. Kiedy upewnił się, że nie ma Maxa podał Liz kartkę.
Wzięła ją do ręki. Przyjrzała się uważnie rysunkowi.

— Muszę skontaktować się z Rwelą.- pomyślała.


Trochę później w Crashdown. Liz otworzyła kawiarnię. Usłyszała krótkie:

— Cześć.- i zobaczyła Isabel wchodzącą i siadającą przy ladzie.

— Nie za wcześnie?- spytała, choć znała odpowiedź. Znała już odpowiedź na każde pytanie, które mogłaby zadać Isabel. Ta jednak nie zdawała sobie z tego sprawy. Dosłyszała jednak dziwna nutę w głosie Liz.

— Kończę szkołę.- powiedziała.

— Dobra tego nie wiedziałam.- pomyślała Liz, po czym spytała- Rozumiem, że myślisz o studiach?

— Myślę o Maxie, o Michaelu, o Alexie i.... o możliwości uczenia się w San Francisco.

— Trochę daleko.

— Wiem, ale chyba tego chcę.

— Tego chce Kivar.- przemknęło przez głowę Liz.- Ktoś jeszcze wie?

— Moja mama. Nie rozmawiałam o tym z nikim z grupy.

— Unik. Witaj Vilandro. Isabel się poddaje.- podsumowała w myślach Liz.- Max się nie zgodzi.- powiedziała.

— Wiem. I dlatego najpierw przyszłam do ciebie.

— Sprytnie.- pomyślała Liz.


Po dwóch godzinach w okolicy kuchni.

— Cztery księżycowe spodki.- powiedziała Maria.

— Dlaczego?- Michael spojrzał na nią jakby zaraz miał jej pogrozić palcem jak małej dziewczynce.

— Nie wiem. Ja za nimi nie przepadam, więc może spytaj tych co to jedzą.

— Nie o to pytam.

— A o co?

— Dlaczego tu jesteś?

— Pracuję.

— To nie twoja zmiana.

— Zamieniłam się.

— Po co?

— To jakieś przesłuchanie?

— Maria.- chwila ciszy.

— Martwię się o ciebie.- wyszeptała.
Maria nie czekała na odpowiedź. Poszła odebrać kolejne zamówienie.

— Dwa razy Pierścienie Saturna.- głos Liz nie wyrwał Michaela z zamyślenia.

— Chyba znowu się w niej zakochałem.- powiedział jakby nikogo nie widział. Wzrok Liz utkwił w punkcie, na który gapił się Michael.

— Cieszę się, a teraz zacznij pracować.- ponownie brak rekcji.- Michael!- i znów nic.
Pomachała mu ręka przed oczami.

— Cześć Liz. Jakieś zamówienie?

— To, które z przyjemnością umieszczę na twojej głowie.- mruknęła pod nosem.- Masz.- podała mu dwa bilety do kina na dzisiaj.- Ja i Max i tak byśmy z nich nie skorzystali.- pomyślała i na jej twarzy pojawił się uśmiech.


W parku.

— Cześć Isabel.

— Cześć...- Alex wyczuł w jej głosie wahanie.

— Mówiłaś, że chcesz pogadać?

— Kończę szkołę.- powiedziała po chwili milczenia.

— Wakacje rzeczywiście już niedługo...

— Ja ją kończę zupełnie, ostatecznie.- znów cisza.

— Od kiedy o tym wiesz?

— Od zeszłego roku.

— I co dalej?

— Myślałam o San Francisco.

— Zdecydowałaś już?- spytał znając odpowiedź.

— Chyba tak.


Crashdown.

— Wyjechał bez słowa.- stwierdziła Maria po dziesięciominutowym nawijaniu o swoim kuzynie.

— Tęsknisz za nim?- Liz spojrzała na przyjaciółkę z niedowierzaniem.

— Ty wiesz.- padło oskarżenie po tym jak Maria przyglądała się chwilę Liz.

— Jest w Albuquerque.- Liz zaczęła wycierać blat stołu.- Sama mówiłaś.

— Liz!

— Chyba rozumiesz, że nie mógł tu zostać.

— To ty nie rozumiesz.

— Tak?

— Przecież ja ci się nigdy nie odwdzięczę!

— Nie mi tylko Kevinowi.

— Tego nie zniesie moje ego.


Mieszkanie Michaela.

— To mnie denerwuje.- oznajmił Max.

— Co takiego?- Michael oglądał telewizję jednym uchem słuchając przyjaciela.

— Dali mu szlaban. Może jeszcze po nim krzyczeli!

— Nie przesadzaj. Poza tym to odporny dzieciak.

— Nie mają prawa.

— To twoje ojcowskie ego.

— Co?

— Tylko nie wciskaj mi kitu.

— Wiesz?- Michael spojrzał na niego jak na pierwszego naiwnego.

— Na jakim ty świecie żyjesz. Wiem, że to Liz wszystkim się w nim zajmuje, ale postaraj się trochę samodzielnie myśleć.


Ponownie Crashdown.

— A wracając do tego zajścia w magazynie.- kontynuowała Maria.

— Tak?- Liz zaczęła czyścić ladę.

— Wydaje mi się, że widziałam wtedy na twojej twarzy to czego nie dostrzegli inni.

— Doprawdy?

— Ta lada lśni podobnie jak ten stolik z przed kwadransa.
Dosiadł się do nich Alex. Jego powolne ruchy od razu określały nastrój w jakim się znajdował.

— Ona kończy szkołę.

— Jak śmie. To, że jest kosmitką...- Maria zatrzymała się w połowie zdania.- Jak to kończy szkołę?

— Właśnie mi powiedziała. Zamierza studiować w San Francisco.

— Co?

— Maria klient w twoim rewirze.- przerwała im Liz.
Gdy tylko odeszła Liz zwróciła się do Alexa.

— Na ile mi ufasz?

— To podchwytliwe pytanie?

— Alex skup się. Czy gdybym powiedziała, że Isabel coś grozi uwierzyłbyś mi i nie zadawał pytań?- w tej chwili patrzył na nią przerażony.

— Grozi...?

— Nie mam pewności.- skłamała.- Ale mógłbyś chyba spędzać z nią trochę więcej czasu?

— Jasne.

— Nie wiem czy mnie dobrze zrozumiałeś. Mam na myśli każdy możliwy czas. Każdą porę dnia i nocy.

— Co ty sugerujesz?

— Alex.- Liz spojrzała na przyjaciela bardzo poważnie.- Uwierz mi. To wojna, a na wojnie...


Kuchnia domu Evansów.

— Nie możesz wyjechać!- Max przybrał tu iście królewski ton.

— Nie powiedziałam nawet, że chcę.

— Więc?

— Nie wiem. Po prostu muszę. Nie patrz tak na mnie.

— Wydawało mi się, że jesteś szczęśliwa.

— Bo jestem, ale...

— Ale?

— Jadę do San Francisco.


Mieszkanie Kevina.

— Po co to spotkanie? Wiecie co myślę o trójkątach.- Leni spojrzała na Liz i Kevina.

— To nie czas na żarty.- przerwała jej Liz.

— Co jest Elizabeth?- Kev od razu "wyczuł" ton jej głosu.

— Pytanie powinno brzmieć "kto".

— Liz.- Leni chyba miała inne plany na to popołudnie.

— Kivar.

— Ten....?- w tym momencie Leni nie pamiętała o swoich wcześniejszych planach.

— Tak.

— Na Ziemi?- upewnił się Kevin.

— Tak.

— Isabel.- padło z ust Leni. Liz skinęła głową.

— Jak długo to trwa i jak daleko zaszło?- Kev podszedł do sprawy rzeczowo.

— Za długo i za daleko. Nie panuję nad tym.


Mieszkanie Kala.

— Pewnie nie wiesz jeszcze o magazynie?- zaczął Max.

— Jakim magazynie?- Kal ledwo zwrócił uwagę na jego słowa.

— Nieważne. Trójka twoich podopiecznych miała kontakt z bronią.

— Mhm.

— Tylko tyle masz mi do powiedzenia?

— Mam ważniejsze sprawy na głowie.

— Na przykład?

— Nie powiedziała ci.- kpiący uśmiech pojawił się na twarzy opiekuna.

— O czym?

— Kivar wpadł z wizytą.


Liz wyszła, zostawiając pozostałą dwójkę.

— To wszystko?- spytała Leni.

— Słyszałaś. Mamy być czujni.

— Znamy się nie od dzisiaj.

— I?

— Ty i Liz coś ukrywacie i to od jakiegoś czasu.

— Bądź czujna gdzie indziej.


Mieszkanie Michaela. On siedzi na kanapie i ogląda telewizję. Drzwi otwierają się i wchodzi Isabel. Michael spogląda na nią.

— Co się stało?- patrzy na nią z przerażeniem.

— Powiedziałam Maxowi, że jadę do San Francisco.

— A jedziesz?- Isabel go nie słuchała, chodząc nerwowo po mieszkaniu.

— To przez niego.

— Przez kogo?

— Nie wiem co ze mną robi, ale to nie jestem już ja!

— Przyznaję, że twój powrót do Alexa trochę mnie zdziwił...

— Alex! Jemu tez powiedziałam, że wyjeżdżam.

— Powiadamiasz wszystkich po kolei?

— Wszystko w porządku.

— Tak?

— Jadę do San Francisco.

— A więc jednak to powiadomienie?


Po drodze do domu Leni spotkała Marię.

— Cześć.- powiedziała.

— Nie muszę odpowiadać.

— Nie musisz.

— Ale masz coś zrozumieć.

— Czemu nie?

— Skoro poradziłam sobie z Michaelem to poradzę sobie z każdym.

— To możliwe.

— Nie jesteś nim zainteresowana, prawda?

— O tyle o ile.

— Idziemy do Crashdown?

— Jasne.


Wieczór. Liz przed wyjściem zajrzała do Zacka.

— Wychodzimy.

— Też bym tak chciał. Ten szlaban mnie dobija.

— Zostały ci trzy dni odsiadki.

— Tylko pamiętaj, przed północą.

— Będę trzy minuty przed.


Gdzieś na skałach.

— Znów ucho.

— Znudziło ci się?

— Potrzebuję drobnej odmiany.

— Nic za darmo.

— Podaj cenę.

— Kivar.

— Skąd wiesz?

— Kal.

— Teraz muszę się dowiedzieć skąd on wie.

— Isabel?

— Nie może wyjechać.

— Już po jedenastej.

— Wracajmy.


W jeepie. Za rogiem ulicy, na której znajduje się Crashdown.

— Dlaczego tu miałem się zatrzymać?

— Żeby nie znaleźć się w zasięgu mojego ojca.- pochyliła się na nim.

— Panno Parker to nie wypada.

— I to mówi facet, który w tej chwili trzyma swoje ręce zdecydowanie bardziej przy mnie niż przy sobie.
Pocałunek przerwał im odgłos ogromnego wybuchu. Spojrzeli po sobie. To musiało stać się gdzieś niedaleko. Wysiedli z samochodu. Pobiegli w kierunku, który wskazywał im słuch. Kiedy to zobaczyli stanęli w miejscu. Z Crashdown zostały gruzy. Palące się żywym płomieniem.


Płomienie. Jak żywe... Pochłaniające wszystko i każdego kto stanie na ich drodze. Płomienie rozpaczy, nienawiści, bólu, determinacji. Od tej pory pamiętam wszystko jak najgorszy koszmar puszczany w zwolnionym tempie. Przez cały czas czułam się widzem, nie uczestnikiem. Myślałam tylko o jednym, tylko o nim. Nie mogli mi go odebrać. Nie mieli prawa. Ja nie mogłam na to pozwolić. Ruszyłam przed siebie. Nogi same mnie poniosły. Już prawie czułam na sobie płomienie, gdy poczułam jego ramiona oplatające mnie w pasie i odciągające na bok. Wyrywałam się przez chwilę. W końcu uległam. Czułam ulicę pod sobą. Jego ramiona otulające mnie. I jego łzy spływające też po mojej twarzy.


Później pojawili się inni. Ich twarze i sylwetki przesuwały mi się przed oczami kadr po kadrze. Szeryf. Michael i Maria. Isabel. Alex. Kaly i Leni. Keva nie widziałam, ale był tam. Wiem to na pewno. Choć powoli przestawałam czuć cokolwiek prócz tego bólu, który zdawał się nie mieć końca. W pewnym momencie pojawili się Evansowie. Pan Evans powiedział coś do Maxa. Nie wiem co. Od dawna nie rozróżniałam już słów. Max wsadził mnie jakoś na tylne siedzenie samochodu. Nie przestawał mnie obejmować. Tak samo w ich domu. Usiedliśmy na kanapie. Nie mieliśmy już łez. Wtedy byliśmy pewni, że nie mamy już nic.


Nikomu prócz Maxa nie pozwoliłam zbliżyć się do siebie. Czułam, że nie zniosłabym ich bliskości, dotyku.


Isabel weszła pod prysznic. Nie pomyślała nawet o ściągnięciu ubrania. Woda była lodowata, ale to nie miało już znaczenia. Zamknęła oczy. Widziała ostatnie miesiące. Jego uśmiech, rady, wszechobecność. Wtedy właśnie pojawiła się ta myśl.

— A jeśli Kivar......


Alex siedzi na łóżku w swoim pokoju i brzdąka coś na gitarze. Jest prawie pewien, że słyszy wesoły głosik mówiący:

— Masz to zrobić tak...
Uśmiechnął się, jednak tylko na chwilę.


W mieszkaniu Michaela. Na jego kanapie.

— Kto mógł to zrobić?- wyszeptała po kilkunastu minutach szlochu.

— Nie wiem, ale i tak go dorwę.


Max przykrył Liz kocem. Leżała na jego łóżku i miała zamknięte oczy. Wiedział, że nie śpi. Udawała, ale skoro tego chciała... usłyszał głos szeryfa. Wyszedł, zamykając drzwi jak najciszej potrafił.

— Max możemy porozmawiać?- szeryf spojrzał znacząco na jego rodziców.

— Wyjdźmy.
Za drzwiami. Szeryf podał coś Maxowi.

— Myślę, że nikt nie powinien tego widzieć. Nie wiem co to i nie chcę wiedzieć.

— Kiedy pogrzeb?- głos Maxa nic już nie wyrażał.

— Pojutrze. Liz...

— Zajmę się nią.- Max ruszył w stronę domu.


Wszedł do domu i zostawił coś pod drzwiami. W kuchni napotkał spojrzenie rodziców. Nagle złapał pierwszą rzecz jaka wpadła mu w ręce. Musiał choć trochę odreagować.


Usłyszałam hałas, albo raczej zanotowałam go gdzieś głęboko w umyśle. Po mojej twarzy spłynęła łza. Nadal potrafiłam płakać. Przez następnych kilka godzin nie mogłam się zdobyć na nic innego.


Mieszkanie Kevina. Prócz niego jest tam ktoś jeszcze.

— Co to znaczy nikogo nie zauważyłeś?!

— Ja...

— Ta bomba sama się tam nie podłożyła!

— Żaden Skór...

— Mieliście go chronić przed każdym, nie tylko przed Skórami.

— Ale...

— Wracajcie. Tu na nic mi się już nie przydacie.

— Tak jest.

— Uspokój się.- do mieszkania weszła Leni.- Teraz już nic nie zmienisz.

— Wyjdź.

— Co?

— Oboje macie wyjść.


Kaly wszedł do pokoju Leni. Wiedział, że wyszła. Jego dziewczyna. Chyba nią była. Dzięki jego sprzymierzeńcowi.


Mieszkanie Kala. On i Derila rozmawiają o tym co się stało. Selma stoi pod oknem. Milczy.


Pogrzeb pamiętam w urywkach. Dwie trumny, a za nimi ta trzecia, malutka. Max trzymał mnie za rękę. Wtedy usłyszałam coś. Pełnia dźwięku po dwóch dniach głuchej ciszy. Maria śpiewała "Amazing Grace".


Droga do ich domu. Ich salon. Ich kuchnia. Ich rozmowy. Jeszcze nigdy ten dom nie był dla mnie taki obcy.


Max znów przykrył mnie kocem. Tym razem nie wyszedł. Usiadł obok na krześle i wpatrywał się we mnie. Zamykam oczy i znów widzę płomienie. Płomienie... Ogień wypełnia pustkę, którą czuję. Umysł znów pracuje. Myślę całkiem trzeźwo.


Koniec części siedemnastej.

Poprzednia część Wersja do czytania Następna część