_liz

Krople pustyni (9)

Poprzednia część Wersja do czytania Następna część

IX

Idziemy chodnikiem w milczeniu. Zresztą nie ma co mówić. Po jego odpowiedzi całkowicie mnie zatkało. Kogo by nie zatkało, gdyby przez jedno słowo dotychczasowy świat runął w gruzach.

Tak stało się z moim. Całe rusztowanie realizmu i logiki zapadło się i zostało pokryte pyłem kosmicznego kurzu, który zrodzi lada dzień lęk i komplikacje. A wśród tego tabunu tylko jeden promień. Ale nie pociesza mnie on, tylko dobija i intryguje. Co to za promień?

To fakt, ze przyznał się mi. Tylko mi. Jestem jedyną osobą w całym jego życiu, która zna prawdę. Prawdę, która zabija umysł, a pobudza do życia najgorsze instynkty.

Patrzę na niego. Wzrok wbity w horyzont, dłonie w kieszeniach, pochmurna twarz. Czuję bicie jego serca. Dudni strasznie.

Jestem okropna. Martwię się swoim światem powykręcanym jak drut kolczasty, a tymczasem jego życie jest bardziej skomplikowane.

Cały czas ukrywał tę tajemnicę. Jak gruby łańcuch, który oplata jego ciało. Jeden zły ruch i zacisną się sploty, zabraknie tchu, zmiażdżą się kości, na wierzch wypłyną wnętrzności, nie pozostanie nic. Stąd stałość, obojętność. Musi być taki, żeby nie pogrążyć się w tym bagnie.

Co zrobi teraz?

Nie wiem. Ale dopiero teraz zaczynam rozumieć jego ostatnie słowa. Tylko w żaden sposób mnie to nie podnosi na duchu. Teraz pozostaje mi pomóc jemu, bo jeśli się stoczy to pociągnie mnie ze sobą na dno.

"Co teraz?" pytam cicho

Dziwię się, ze w ogóle zadałam to pytanie. Teraz jak nic, boję się jego reakcji. Boję się, że to naprawdę nasz ostatni spacer. Jak konwój żałobny. Pełni goryczy i gorzkiego żalu.

Nie odpowiada.

A w moim żołądku formuje się wapienny kamień, który za kilka minut eksploduje, a drobne fragmenty skały zatopią się we mnie, rozerwą wszystkie tkanki, stłuką serce i pozostanie tylko uświadomiony umysł, który zadręczy mnie wspomnieniami i wyrzutami.

Mój dom. Drabinka. Cisza.

"Teraz lepiej żebyś zapomniała" mówi, a ja czuję jak cała treść zawarta w moim przewodzie pokarmowym wraca i za chwilę ujrzy świat. "O mnie" kończy, a mnie grunt pod nogami się usuwa

Odchodzi.

* * *

Mój dzisiejszy dzień obracał się wokół jednej osi. Osi zwanej Michael.

Angielski – jak Michaelowi udało się tyle lat przetrwać. Ile musiał wycierpieć. Ukrywać nawet przed Marią swoją tajemnicę. Przed samym sobą bał się ujawnić prawdę. Musiała go ona dusić. Prawda może zabić.

Algebra – musiał stawiać barykadę dłużej ode mnie. Stąd wielokrotnie prawie się pokaleczyłam o ostrokoły. Fosa wypełniona lawą gniewu. I jeszcze tak się zamaskował, ze nie poznałam jego osamotnienia. A przecież jesteśmy w tym tak podobni.

Chemia – jak mógł mnie poprosić o zapomnienie. Gorzej, on tego zażądał. A teraz tym bardziej nie potrafię tego zrobić. Przez to jestem jeszcze mocniej z nim związana.

Dwie odrębne fortece, trudniejsze do zdobycia niż Fort Knox, a połączone wspólnym zwodzonym mostem. Tylko trzeba uważać, bo w każdej chwili gotów jest unieść się, rozpaść, spłonąć.

Biologia – czy zapomnieć czy stać się jego zmorą i dręczyć swoim wsparciem. Mogę pogorszyć sytuację. Wystarczy, ze powiem "nie" a w nim zrodzi się ta dziwna sfera. Uczucia zmętnieją i wytworzą krwawą żółć, która zacznie go przytłaczać, aż się załamie i pozwoli na wytoczenie się żalów. Ale bynajmniej nie skończy się to pozytywnie. Będzie czuł się pusty i obnażony.

Dlatego tak pielęgnował swoje lęki i plótł z nich pajęczynę, którą przykrył swoją tajemnicę. To one wypełniły jego duszę. Lęki, tajemnice, obawy przeplatane z cynicznymi cięciwami, które w razie potrzeby tną niczym miecze.

Historia – podjęcie ostatecznej decyzji zaważy na jego dalszym życiu. Zawsze, jakąkolwiek musiał podjąć decyzję, mogła doprowadzić go do krańca, z którego nie ma odwrotu. Teraz dopiero pojmuję jego "skomplikowane" odpowiedzi. Teraz wiem, ze nie mogę go zostawić. Bo dwie te same cząsteczki powinny się trzymać razem. Bo jesteśmy stworzeni z tych samych rozdartych sprzeczności, spajani wewnętrznym lękiem, oblani skorupą izolacji od prawdy samych siebie.

Czas iść.

* * *

Wchodzę ponownie w labirynt korytarzy, mijam bezimienne twarze wyperfumowanych nastolatek.

Mój wzrok błądzi od jednego kąta do drugiego. Ale nie mam w sobie już siły na dalszą wędrówkę i trzymanie krzyku na wodzy. Siadam na ławeczce w korytarzu. Plecak obok nóg. Czekam.

Michael sam mnie znajdzie.

* * *

"Liz" w moich uszach rozpływają się jego słowa. Nie unoszę głowy, ale czuję jego wzrok na sobie. Siada obok, a moje nerwy stają na baczność. "Co tu robisz?" pyta. Tym razem nie ma w jego głosie tej ostrej nuty co ostatnio. Teraz wyczuwam lekki strach. Ale przed czym?

"Nie mogę spełnić twojej prośby" mówię a on ani drgnie "Nie zapomnę"

Cisza.

Wiem, ze on teraz szuka odpowiednich słów, żeby mi powiedzieć, ze nie mam innego wyjścia, że to postanowione. Jeśli szybko nie zareaguję, to będzie po wszystkim.

"Nie uda ci się zmienić mojego postanowienia" mówię w pełni zdeterminowana, nic nie zmieni mojego zdania "Jesteśmy zbyt podobni"

"Liz" ponownie usiłuje dojść do słowa "To nie jest proste" odwracam twarz w jego stronę

Wydaje się być smutny, ale jest w nim pewna jasność, jakby nutka nadziei. Dlaczego my kobiety mamy w sobie coś, co wywołuje w nas matczyne odruchy? Oto mam właśnie ochotę go przytulić. Po prostu przytulić. Pocieszyć.

"Nie jest i nie będzie" mówię "Ale to, co czuję nie pozwala mi zapomnieć"

Nie kłamię. Gdybym spróbowała zapomnieć, to moje uczucia, jeszcze nie sprecyzowane, ale te, które żywię do Michaela, dałyby mi się we znaki. Zakułyby mi kajdany, a na szyję założyły ciasną kolczatkę. A potem sączyłyby się do moich żył przez stalowe igły. I będę się struła wyrzutami i pluła wspomnieniami tego, że odwróciłam się od własnego serca.

"To co czujemy..." zaczyna, ale urywa rozumiejąc co właśnie powiedział. Ja też słyszałam wyraźnie i nie mogę uwierzyć "Czujemy?" pytam dla upewniania czy nie mam omamów

Wzdycha głęboko.

"Tak" przyznaje "Sama powiedziałaś, ze coś czujesz. A ja..." pochyla głowę "Ja też coś czuję"

O Boże! Wszystko wiruje. Niech ktoś to zatrzyma, bo za chwilkę dostanę hiperwentylacji i migotania przedsionków. Tak chciałam to usłyszeć, a teraz wolałabym tego nie słyszeć. Błagam zatrzymaj to, cofnij, wyjaśnij. "Błagam..."

"Ale sam jeszcze nie wiem co" mówi cicho

Niewiele, ale jednak uspokaja. Mówi dalej "Dlatego nie chce, żebyś była w pobliżu. Ja... Ja nie jestem dobry w takich sytuacjach. Nie potrafię, tak od razu..." urywa "Ale chyba jednak ktoś musi być przy mnie, bo inaczej zwariuję całkowicie" zaciska powieki. Cisz. Znów mówi "To wszystko jest takie..."

Jeśli powie 'skomplikowane' to klnę się na Boga, ze zadźgam się cyrklem!

"...skomplikowane"

Schylam się i otwieram plecak. Gdzie ten piórnik?

"Liz?" pyta zdziwiony i zdezorientowany "Co robisz?"

"Szukam cyrkla" odpowiadam prosto i bez zbędnych ozdobników "Żeby się nim zadźgać"

Jego dłonie delikatnie chwytają moje nadgarstki i ciągną je ku górze, z dala od plecaka. Patrzę na niego.

Ciepło.

Przyjemne ciepło wypełnia mnie, kiedy spotykam jego wzrok. Spogląda na mnie tak... inaczej. Wcześniej tak nie patrzył, nie licząc momentu na balkonie. Nie chce, żeby przestawał.

"Nie zapomnisz?" pyta cicho

"Nie" odpowiadam

Przysuwa moją rękę bliżej swojej twarzy. "Dziękuję" muska ustami wnętrze mojej dłoni

To co mnie wypełnia teraz to niekontrolowana mieszanina wszystkiego. Lato – truskawki – cukier – adrenalina – pomarańcze – kakao – Beethoven – śmiech – prysznic – tęcza – ogień – śnieg – noc – jesienne kolory – tulipany – deszcz – sól – krew – lawenda.

Moja dłoń przesuwa się na jego policzek, a usta rozchylają się, żeby wypowiedzieć "Nigdy nie zapomnę"

c.d.n.


Poprzednia część Wersja do czytania Następna część