_liz

Krople pustyni (21)

Poprzednia część Wersja do czytania Następna część

XXI

Śpię. I śni mi się, że boli mnie głowa. Bardzo boli. Tylko to nie sen... Nie można spać, kiedy w głowie dudnią całe zastępy bębnów, a w ustach Sahara. Moje powieki zamiast naskórka mają ołów, moje ciało jest rozgorączkowane, usta spierzchnięte, język piaskowy. A mojej czaszce łupie dźwięk kowadła. Mam wrażenie, ze za chwilę rozsadzi mi mózg.

Zimny wiatr przesuwa się nad moim ciałem i zmusza do ruchu. Przekręcam się niechętnie, a moje oczy powoli i mozolnie otwierają się. Jaskrawozielone cyferki na zegarze stają się wyraźniejsze z każdą sekundą. 10:30. Normalnie byłabym na nogach przed 9:00, ale nawet teraz wciąż chce mi się spać. Znów zimny powiew dręczy moje ciało.

Kto otworzył to przeklęte okno? Przewracam się i sięgam dłonią po kołdrę, żeby się przykryć. Nawet nie otwieram ponownie oczu. Materiał otula moje wycieńczone ciało, a ja wpijam się w poduszkę.

Dziwna mieszanina głosów i melodii przelewa się przez moje uszy. To radio. Przecież go nie włączyłam. Zagłębiam się pod kołdrę a z mojego wyschniętego na wiór gardła wydobywa się przeciągłe jęknięcie. Przekręcam głowę i wbijam ja mocniej w poduszkę.

"Liz" głos echem odbija się razem z odgłosem młota uderzającego w ściany mojej czaszki. Nie możliwe. Co za bestia śmie zakłócać mój cierpiętniczy spokój? Nie obrócę się, będę udawać, ze nie słyszę, to sobie pójdzie. "Liz" powtarza moje imię. Czuję jak ktoś siada na skraju łóżka.

Gdybym miała siły i narzędzie, zabiłabym na miejscu. Ale teraz nie jestem w stanie nawet zgiąć małego palca. Z moich ust ponownie wydobywa się jęknięcie pełne buntu.

"Liz" znów ten dręczący głos. Ciekawe czy można go jakoś wyłączyć albo rozwalić? Obracam powoli moje ciało turlając je pod kołdrą. Moje oczy wpuszczają do zamglonych źrenic światło. Postać olbrzyma nade mną, staje się wyraźna. To Michael. Moja twarz przybiera cierpiętniczy wyraz i mruczę "Nie". Obracam się ponownie twarzą do poduszki, usiłując odnaleźć sen. "O nie, nie" słyszę jego głos, a jego dłonie sięgają do moich ramion i odwracają mnie na plecy "Rozmowa" mówi.

Sięgam dłonią do rogu kołdry i naciągając ją na głowę jęczę "Idź sobie". A on jak na złość ciągnie za kołdrę i odkrywa mnie. "A kysz maro" mruczę i obracam się tam, gdzie jest jeszcze mój sen. Potworne łupanie coraz głośniej dudni, a moja krew burzy się i ponownie zasypia. Czuję ciepłe opuszki jego palców odgarniające moje włosy i dotykające mojej skroni.

Chyba znalazł wyłącznik tego łomotu, bo wszystko się ścisza i przyjemnie goi. Nawet moje usta odzyskują dawną soczystość. Teraz będzie mi się lepiej spało. "Nie" słyszę jego natrętny głos "Zero spania. Wstawaj". Przekręcam się mimowolnie i spoglądam na niego. Jest poważny i patrzy na mnie tak intensywnie. Zamykam oczy, ale otwieram usta "Co?" pytam

Znów otwieram oczy. On przechyla głowę i dziwnie mi się przygląda. "Ty naprawdę nic nie pamiętasz" mówi ze zdumieniem. O czym on bredzi? Czego znów nie pamiętam? "Michael..." jęczę "O czym ty mówisz?" A on potrząsa głową i udziela mi odpowiedzi "Wczoraj na imprezie się upiłaś". Mrugam sennie i mówię "To wiem"

"A pamiętasz co mi mówiłaś?" To ja mu coś mówiłam? Moja pamięć kończy się na Marii i jej chęci otrzeźwienia mnie. Potem – czarna dziura. "Nie" odpowiadam i ponownie zakrywam głowę kołdrą. Odkrywa mnie. Bezczelny.

Powinni produkować kosmitoszczelne okna.

"Wywrzeszczałaś mi, że jestem dupkiem" mówi, a ja się zaczynam śmiać. Prawdy nie da się ukryć. "To nie jest zabawne" Wstaje, słyszę jego kroki. Czyżby poczuł się urażony? Eh, mężczyźni i ta ich duma. Zrzucam kołdrę i podnoszę się nieco "Cóż takiego ci powiedziałam?" pytam w momencie gdy on jest już przy oknie. Zastyga, siada na parapecie. Ta jego tradycyjna poza.

Zalega cisza. W moim wnętrzu rodzi się nurtujące pytanie – co ja mu powiedziałam? Pewnie go zwyzywałam, bo niby co innego...

Obraca twarz w moja stronę i mówi "Nie wiedziałem, że to co czujesz jest tak... głębokie" Aż się we mnie coś przełamuje. Skąd on może wiedzieć, co czuję i jaki to ma odcień? Spogląda na mnie, wstaje i podchodzi. "Gdybyś sobie przypomniała, byłoby mi łatwiej o tym pogadać". Nie umiem z siebie nic wykrztusić, tylko patrzę na niego jak w obraz. A on pochyla się i... całuje mnie...

Ogromna energia przeze mnie przepływa, a przed oczami przesuwają się obrazy zeszłego wieczoru. Z każdą sekunda w mojej głowie roztacza się coraz bardziej się cały zapis rozmowy.

* * *

Odsuwam się od niego łapiąc oddech. Nie wiem czy problem z powietrzem jest spowodowany pocałunkiem i obecnością Michaela czy świadomością, że on wie. Moja dłoń zakrywa usta, przez które wydostaje się szept "Boże..."

Michael odsuwa się i siada na samym skraju łóżka. Jego spojrzenie wyraża to odwieczne pytanie – i co teraz. Ale ja nie mam pojęcia co teraz. Słów nie cofnę.

Już raz mieliśmy ten problem, kiedy też nie umiałam powstrzymać języka. Wtedy wszystko było zbyt skomplikowane, teraz sytuacja wcale nie jest prostsza. Z tą różnicą, że te słowa chciałabym umieć cofnąć, a on nie chciałby ich słyszeć. Przełykam ślinę i mówię "Teraz już wiesz"

Patrzy na mnie wywołując te piekielne ciarki, które tym razem ciągną za sobą ostre kolce raniące mnie doszczętnie i powodujące szybszy przepływ myśli. Od tego naporu zaczyna mu się znów kręcić w głowie. "Nie podejrzewałam, że..." urywa i przeciera dłonią oczy "Czy ty musisz tak wszystko komplikować?"

Lodowy wodospad.

Nie dość, ze mną wstrząsnął tak nagle to jeszcze oblewa mnie całym zasobem win. Usiłuje mnie dobić czy uwolnić swoje sumienie. A może obie te opcje na raz? Mrużę oczy i marszczę brwi "Słucham?" pytam z niedowierzaniem. Nie odpowiada, więc zaczynam sama wysnuwać swoje domysły "Wiesz wybacz, że powiedziałam ci prawdę akurat w momencie, gdy mogłeś przelecieć Isabel"

Zrywa się z miejsca i przerywa mi, prawie krzycząc "Daj spokój Liz!" oddycha ciężko, widzę, ze ledwo powstrzymuje furię "Ustalamy, że zrobimy przerwę, że się rozstaniemy. W porządku. Ale nagle wyjeżdżasz bez słowa! Ani słówka o wyjeździe, ani notki, ani pożegnania, nic. I wściekasz się, że ja cię nie witam?" jego głos podnosi się jeszcze bardziej "Jak ty się czujesz? Pomyśl jak ja się czułem!"

Teraz do mnie dociera, że on ma rację. Jestem głupią egoistką. Ale zaraz... Znów wraca motyw, że to jego życie rujnuję. Obraca wszystko przeciwko mnie.

"Mówiłam ci" zaczynam "Że masz prawo być wściekły lub obrażony, ale trzeba mi było powiedzieć. A nie teraz na mnie wszystko zwalasz! Chrzań się!" usiłuję się podnieść, ale usadza mnie kurcz w nodze. On krzyżuje ramiona i mówi "Nie wiem co z tym fantem zrobić, ale nie możesz ciągle zaskakiwać mnie takimi scenkami. Ja też mam ograniczoną odporność!"

To przekracza wszelkie pojęcie. "Nie uda nam się dojść do porozumienia" nabieram powietrza "Bo traktujesz wszystko przedmiotowo. Z Maria byłeś mi na złość, teraz Isabel. Może chcesz żebym podała ci numer do Tess, to będziesz miał..."

"Na Boga przestań!" krzyczy "A Sean i Max to co? Kukiełki?" unosi dłonie "To nie ma najmniejszego sensu. I nigdy nie miało"

Wychodzi.

* * *

To było ciężkie rozpoczęcie roku. Najcięższe odkąd tylko rozpoczęłam naukę. Mimo wszystkich letnich pokus, moje życie zostało przytłoczone nieustannym gradem posępnych i dołujących myśli. Minął miesiąc. Ciężki miesiąc. Wrzesień znany jest ze złocistej strony lata mieszanej z rdzą początku smutków. Ja nie zdołałam nic z tego uchwycić. Przeciwnie, nagromadziłam zimne krople, które będę już wkrótce mogła sypać bez umiaru na ścieżce słoty.

Kłótnia moja i Michaela miała miejsce dawno temu, ale co wieczór echem odbija się w moich myślach. Powstają wtedy kolejne krwawe nacięcia na mojej skórze, symbolizujące bolesne słowa, które pocięły doszczętnie więź między nami. Teraz zaczyna się październik, a ja nieustannie biczuję się wspomnieniami. Ale nie są one tylko gwoździem do mojej gotowej trumny. Motywują do rzucania się w wir nowych zajęć i zapomnieniu o nim. I udaje mi się. Bywa tak, ze nie myślę o nim nawet kilka dni.

I całe szczęście. Koniec z wszystkim, koniec z przeszłością, koniec z Roswell. To ostatni rok. Wyjadę i nigdy nie wrócę. Podły uśmiech maluje się na mojej twarzy, kiedy pomyślę o spoglądaniu przez szybę autobusu jak wszystko tu pozostaje. A z mojego gardła zostanie wreszcie zdjęte pęto duszące mnie i ciągnące na wcześniejsze miejsce.

Obracam się w stronę okna. Jeszcze kilka tygodni temu siedział tu Michael. I tak jak mocno go nienawidzę teraz, tak mocno mnie boli myśl, e już nigdy tu nie zasiądzie. Jego wzrok nie wbije się we mnie, a słowa nie odbiorą mi funkcji racjonalnego myślenia. To odrobinę przygnębiające tak, jak ta atmosfera na zewnątrz.

Podchodzę do lustra, a moja dłoń unosi się do mojego policzka, Opuszki moich palców dotykają skóry. Przymykam oczy. W tym samym momencie wraca do mnie słodko-gorzkie wspomnienie Michaela i jego dotyku. Drobne westchnięcie rozchyla moje usta. Opuszki powoli zsuwają się niżej i odnajdują puls na mojej szyi.

Odchylam do tyłu głowę wyobrażając sobie jego usta znaczące wilgotne ślady wzdłuż mojej szyi. Ciało drży. Tym razem z braku jego dłoni i ciepła jego ciała. Nie ma się na kim wesprzeć. Umysł nie czuje ukojenia jego słowami. Duszy nie ma co pieścić, bo jego oddech nie otula już jej swoim woalem. A serce nie ma bodźca do działania.

Otwieram oczy i otrząsam się z tego chwilowego otumanienia. Potrząsam głową, wmawiając sobie na powrót, że nienawidzę tego gada.

Godzilla Guerin.

Albo raczej bezmózgi Yeti.

* * *

Nie obchodzi mnie co ten kosmita w powłoce człowieka i z mózgiem topika robi. Kompletnie mnie nie obchodzi. Tylko dlaczego tak dziwnie boli myśl, że może teraz być z nią? Że jego słowa wtapiają się w jej umysł, jego obecność kołysze jej duszę, jego dłonie dotykają jej ciała.

A żeby jej zmienił strukturę molekularną!

Dzwonek podrywa mnie. Odbieram od razu. Cackanie już dawno odstawiłam w kąt. "Słucham?" chwilowa cisza i nagle znajomy głos "Liz". To znów Max. Osobiście jego też nienawidzę, ale resztka dobrego wychowania nie pozwala mi go zmieszać z błotem "Tylko spokojnie" mówi mi

Po takich słowach nikt nie byłby spokojny, bo od razu budzą najgorsze myśli.

"Maria jest w szpitalu"

Zamieram, a słuchawka ani głos ani świat nie istnieją. Jest czarna otchłań i tylko ja. Odkładam słuchawkę, wciąż tępo wgapiając się w ścianę.

* * *

Nienawidzę szpitali. Białe, zimne, wysterylizowane i pełne bólu. Ale nie ludzkiego, wewnętrznego. Tylko bólu samego w sobie. I ten zapach... powoduje mdłości i usypia. Osobiście to bałabym się spać w szpitalu. Tu nie można spać łagodnie, bo wszędzie czai się ta zimna biel.

Skręcam w jakiś korytarz a mój wzrok przesuwa się po kolejnych tabliczkach z numerami sal. To jak więzienie.

Sala 203.

Jest wyciągam dłoń i szybko ją cofam. A jeśli jest w gorszym stanie niż może sobie nawet wyobrazić moje chora wyobraźnia? Cofam dłoń, niezdolna do stawienia się przed Maria i udawania, ze będzie dobrze, jeśli nie może być dobrze. Chociaż przecież nie jestem lekarzem, nie znam się na tym, więc mogłabym kłamać.

Drzwi się otwierają, a ja odskakuję do tyłu. Moim oczom ukazują się Isabel i Max. "Liz" głos Maxa jest ciepły i pełen optymizmu, ale może on też kłamie i maskuje prawdę. "Wejdź do niej" odchodzą z Isabel. A ja nadal nie mogę się zdecydować. W obliczu własnej podłości chwycę jakiś skalpel i potnę nim żyły sączące jad moich kłamstw.

Wchodzę. Maria leży na łóżku, uśmiechnięta, z nie zadraśniętą twarzą. Tylko z nogą w gipsie i zimną igłą kroplówki w żyle. I to miał być ten straszny wypadek? Przecież ona wygląda lepiej niż na co dzień. Mój wzrok przesuwa się po jej gipsie i zatrzymuje na cieniu. Unoszę głowę.

Godzilla Reaktywacja.

Michael "Loch Ness" Guerin.

Świetnie. Nasze spojrzenia stykają się na ułamek sekundy. Obracam twarz i uśmiecham się do Marii. Podchodzę bliżej jej łóżka "Hej Maria" mówię i siadam na krzesełku, które zapewne zajmowała przed chwilą Isabel. "Coś wyprawiała?" pytam dość zabawnym głosem

"E tam..." mówi i unosi się wyżej "Nic się nie stało. Spadłam ze schodów" No takie 'nic' to nie jest. Potrząsam głową, a moja dłoń dotyka jej ręki. Wzrok na chwilkę zatrzymuje się na igle. Ciekawe czy to boli. Cisza wypełnia nas i sączy się wszystkimi otworami, oblepia ściany.

"No dobra" Maria mówi i podsuwa się wyżej, prawie siada. Jej ton nabrał nieco poważnego oddźwięku "Cieszę się, ze tu jesteście. Wy dwoje" Mój wzrok błyskawicznie na nią pada, jakby wiedziała o czymś, co nie powinno zostać jej nigdy powiedziane "Co się z wami dzieje?" pyta

Michael milczy, a jego spojrzenie studiuje strukturę kafelków podłogi. Mój wzrok przesuwa się na kroplówkę. Kap... kap... stężona substancja sączy się regularnie. To tak jak dni w moim życiu. Już nie ma w nich przyspieszenia, nie ma odstępstw. Bo nie ma Michaela. Monotonne, ale przynajmniej niezawodne.

"Jesteście moimi przyjaciółmi" mówi, a my dopiero wracamy do rzeczywistości "Więc chciałabym..." wzdycha "Wiem, ze za sobą nie przepadacie. Że nigdy za sobą nie przepadaliście." Cóż... to za delikatnie powiedziane. I z tą różnica, ze kiedyś było inaczej niż teraz. "Ale głupio mi z tym. Chciałabym, żebyście się jakoś dogadali." W życiu! Nie umiemy, to nie ma sensu, to nie ma przyszłości "Jakbyście się czuli gdybym się nienawidziła z Maxem?"

Ma rację, ale... Hmm, chyba nie ma "ale". Kiedyś potrafiliśmy się dogadać. Jeszcze zanim w to wszystko wplątały się uczucia i inne komplikacje. Tak, potrafiliśmy. W tamte dni wszystko było dla nas możliwe.

* * *

Usiłuje go dogonić na korytarzu. Wole nie wołać, bo wtedy przyspieszy. Podbiegam i delikatnie dotykam jego ramienia. Zatrzymuje się i obraca. A ja nie wiem co powiedzieć, żeby nie odszedł.

Miałabym ochotę po prostu zanurzyć się w jego ramionach i szepnąć coś, ale to nie pora na to. Teraz trzeba myśleć o Marii. Wiem, że musze sama podjąć ten krok, bo on czuje się zbyt urażony. A jeśli teraz nie porzucę swojej dumy, to już nigdy nie ma szansy na reanimację tego co nas łączyło.

"Maria ma rację" mówię "Kiedyś umieliśmy ię mimo wszystko dogadać. I co tu kryć, naprawdę lubiłam spędzać z tobą czas. Wiem, że na tym co się stało nie można nic budować" wzdycham "Więc..." wyciągam dłoń w jego stronę "Hej. Nazywam się Liz Parker"

Nie odpowiada. Mirzy mnie wzrokiem uważnie.

Jego dłoń ściska moją.

Panie magister fundamenty postawione.

Ale nagle jego ręka ciągnie moją, przysuwając mnie bliżej niego. Pochyla się i... zgadnijcie...

c.d.n.


Poprzednia część Wersja do czytania Następna część