_liz

Krople pustyni (12)

Poprzednia część Wersja do czytania Następna część

XII

Dobra. Jak szczerość, to szczerość.

Właśnie wracamy z kina.

Tak. Wraca-MY. My – liczba mnoga. My – ja i...

...Max.

Kiedy przystojny i miły chłopak zaprasza mnie do kina, to mu odmawiam. Ale jeśli spotykamy się w tym kinie całkowicie przypadkowo, to nic nie stoi na przeszkodzie, żeby dać się odprowadzić.

Przyznaję, ze ten chłopak emanuje niezwykłym ciepłem i niespotykanym spokojem. Przyjemnie się z nim przebywa, bo ulatują wszystkie troski. Można się odprężyć i nie myśleć o niczym. Nie myśleć o Michaelu. Poza tym mam taki dziwny dreszczyk, kiedy Max na mnie spogląda.

Jeszcze nikt tak na mnie nie patrzył. Tak... Ten wzrok różni się od sposobu, w jaki spogląda na mnie Michael. I jest jeszcze inny od tego, jakim obdarzają mnie chłopacy wokół. To takie łapczywe, zachłanne spojrzenie, pełne podziwu i fascynacji jednocześnie. A najdziwniejsze jest to, że gdy na niego patrzę, to się peszy, ale nie odwraca twarzy.

Moja krew rozpuszcza powoli lód, który na niej zaległ, a w moich komórkach rozkwitają wiosenne kwiaty, pobudzając chęć życia.

Zatrzymujemy się u wejścia do mojej uliczki. I oczywiście rozplata się między nami ta cisza i żenada, bo nikt nie wie co powiedzieć. Ale to zupełnie inna sytuacja niż wtedy, gdy szłam z Michaelem. On wywoływał napięcie, strach i podniecenie. Max wywołuje cisze, spokój i sen utopijny.

"Dziękuję za miły spacer" mówi półszeptem. I ten przeklęty uśmiech, który powoduje... mój uśmiech. A on... Co on robi? Pochyla się i... I właśnie czuję jego usta na swoim policzku.

* * *

Wspinam się po drabince, a lekki uśmiech nie może odkleić się od mojej twarzy. Dawno nie spędziłam tak miłego wieczoru. Dawno – dwa lata mrocznych wieczorów wypełnionych zgorzknieniem i bólem; ostatnie kilka tygodni wieczory na zmiany wypełniali mi Maria i Michael. I te wieczory z nim pozostawiały we mnie głębokie rany lub draśnięcia w psychice.

A dzisiaj – wolność.

Nawet posadzka pod moimi stopami wydaje się być miękka niczym puch.

"Liz"

No to tyle na temat wolności tego wieczoru.

Spoglądam w bok, na moje okno. Jedna noga na posadzce, druga na parapecie, wzrok w gwiazdach. Michael.

"Hej Michael" witam go z uśmiechem i łagodnie, jakby w ogóle mnie nie obchodziło co on tu robi. A przeciwnie – jak zwykle zżera mnie ciekawość, co znów ma mi do powiedzenia.

"Co robiłaś z Maxem?" pyta nie odrywając się od parapetu

A co go to obchodzi? Powoli kiełkuje we mnie nutka irytacji i gniewu. Do tej pory mało go interesowały moje uczucia, zwłaszcza w ostatnie dni, a tu nagle takie osobiste pytania?

Zimny sopelek powolutku przeistacza moje wnętrze w lodową jaskinię, która Michael za chwilę wypełni czymś. Gorzkim lękiem? Złośliwymi wyrzutami? Smętnym marudzeniem?

Cokolwiek to będzie – nie spodoba mi się za pewne.

"Nie twoja sprawa" odpowiadam; ściągam z siebie katanę i rzucam ją na leżak

"To twoje życie" mówi mi i wreszcie opuszcza mój parapet.

Czarna koszulka pasuje do niego tak idealnie, ze jeszcze chwila a przestanę go sobie wyobrażać w czymkolwiek innym. Stoi w miejscu, dłonie w kieszeniach. Wzrok – unika kontaktu z moim spojrzeniem.

"Dziękuję" mówię i lekko potrząsam głową, ale on mi przerywa zimno "Ale nie podoba mi się, ze kręci się w nim Max"

Do lodowej jaskini właśnie wpływa lawa gęstej i mazistej furii. Jakim prawem on mi to mówi? Najchętniej zepchnęłabym go z balkonu i z radością patrzyła jak ciało spaja się z asfaltem, a krew leje strumieniem. Spoglądam na niego.

To dziwne. W jego oczach jest taki błysk, który najwyraźniej chce przede mną ukryć. Czyżby to była...

"To zazdrość?" pytam oczywiście z odrobiną sarkazmu i krzyżuję ramiona

"Nie" mówi od razu i patrzy na mnie jak na wariatkę. "Tylko" zaczyna tłumaczyć "Znam Maxa i wiem, ze nie podoba mi się jego zainteresowanie tobą, nawet jeśli jest czysto platoniczne"

Mrugam gwałtownie. Pierwszy raz usłyszałam w jego tonie troskę lub coś na jej kształt. I przyznaję, ze jest to dość przyjemne uczucie, chociaż pozostawia we mnie odrobinę wahania.

Moje wnętrze utkane z grubych nici czarnych myśli, przeplatane srebrną muliną czasowego olśnienia i przetykane krwawym bólem, przed chwilą zmrożone spojrzeniem i słowami Michaela, teraz powolutku się rozgrzewa – znów za jego sprawą.

To zaklęty krąg.

Michael mnie zamraża – Michael sprawia, że topnieję – Michael mnie denerwuje – Michael mnie uspokaja – Michael mnie wypełnia

Paranoja.

A teraz uruchomił mi Młyn Diabelski. Wszystko wiruje, a ja nie mogę się połapać, co on ma na myśli. Troska? Zazdrość? Gniew? On jest naprawdę skomplikowany albo ja tępa.

Ze względu na moją niezwykle wysoką samoocenę stawiam diagnozę – on jest skomplikowany.

"Co masz na myśli?" pytam nie zmieniając pozycji

"Nie ważne" mruczy, przechodzi kilka kroków i siada na murku lekko przechylając się do tyłu

Nie ważne? "Dla mnie ważne" mówię i siadam na skraju leżaka "To twój przyjaciel, a mówisz o nim tak..."

"Jakbym go dobrze znał" przerywa mi. Ale wcale na mnie nie patrzy, tylko spogląda na niebo. Słyszę jak powietrze swobodnie wpływa do jego płuc. "Jest dobry" mówi obojętnym tonem "Nie jest draniem". Już zupełnie zgłupiałam.

To o co mu chodzi?

"Ale nie pasujecie do siebie" wypowiada to takim tonem, jakby był to powszechnie znany fakt. Ale niestety wiem, że tak nie jest i że tkwi w tym jakiś podtekst.

"Skąd możesz wiedzieć, kto do mnie pasuje a kto nie?" pytam z zaciekawieniem i odrobinką kpiny "Masz się za mojego psychoanalityka? Uważasz, ze tyle o mnie wiesz?"

Wreszcie na mnie spogląda. Aż wyprostowuję plecy i nabieram głęboko powietrza, w razie gdybym znów zapomniała jak wygląda mechanizm oddychania. Przechyla nieco głowę na bok, mruży oczy. Serce zaczyna przyspieszać i dosłownie czuję jak wyrzuca krew do mojego ciała. Ciarki przebiegają sprintem po mojej skórze. Mój oddech staje się płytki. Czemu czuję się, jakby rozbierał mnie wzrokiem?

Zwilżam usta i usiłuję oderwać od niego spojrzenie, ale nie mogę.

To jak oglądanie dobrego filmu grozy. Boisz się, boisz się własnego strachu, ale oglądasz i nie chcesz oderwać wzroku od tego, bo napawa cię takim dziwnym dreszczykiem. Bo lubisz ten strach.

A Michael lubi, kiedy mój organizm nieświadomie tak reaguje na niego. Kątem oka chwytam lekki uśmiech na jego ustach. Rozchyla je i odpowiada na moje pytanie. A wydaje mi się, że zadałam je bardzo dawno temu. "Nie wiem" mówi, a potem odchyla się bardziej do tyłu "I nie wiem jak byś zareagowała, gdybym zleciał"

Unosi dłonie i przechyla się jeszcze bardziej za murek. "Michael" mówię słabym i na wpół omdlałym głosem "Przestań"

On jak na złość jeszcze bardziej sięga swoimi plecami ku powietrzu za balkonem, jego dłonie też wiszą w powietrzu, a stopy powoli odrywają się od podłogi. "Byłoby ci smutno, gdybym spadł?" pyta i patrzy na mnie intensywnie.

Czarna otchłań. Jakby ktoś wyłączył wszystkie światła, zgasił gwiazdy i księżyc. Przeszywa mnie ostrze o zimnej klindze, długie i rozżarzone – strach. Przebija mnie na wylot. A moje myśli przekłuwają igiełki potwornych myśli.

Co ja bym zrobiła, gdyby spadł? Już nie chce patrzeć jak jego ciało stapia się z asfaltem, nie chce patrzeć na krew, nie chce, żeby coś mu się stało. Gdyby tylko... nie może mu się nic stać!

"Michael!" zrywam się z miejsca, podbiegam i chwytam go za koszulkę. "Michael nie rób tak!" a on łapie mnie za nadgarstek i jeszcze bardziej przechyla do tyłu, czuję jak jego nogi muskają moje kolana.

"Michael!" ciągnę mocniej za koszulkę, aż uzyskuję efekt. Jego ciało powraca do równowagi, ale dla pewności jeszcze trzymam mocno jego koszulkę. Tak mocno, że teraz przechyla się w druga stronę. Moje nogi zahaczają o jego i oboje tracimy równowagę.

Łup!

Lądujemy na posadzce. Ja na moim i tak już potłuczonym tyłku, a Michael na kolanach. O mały włos, a wylądowałby dosłownie na mnie.

"Chyba byłoby ci smutno" śmieje się i podnosi. Wyciąga dłoń w moja stronę i pomaga mi wstać.

"To nie było śmieszne" mówię ponuro i posyłam mu zimne spojrzenie. Unoszę swoje ciało, a on mocno szarpie moją rękę. Tak mocno, że wpadam na niego.

Ups!

Jego ciało. Moje ciało. Jeszcze nigdy nie byliśmy tak blisko. Aż tak blisko...

Jedna moja dłoń tkwi spleciona w jego ręce, druga oparta o jego tors. Czuję pod opuszkami jak tętni w nim życie, jak przepływa w nim gorąca krew, jak bije jego serce. Moja twarz jest na wysokości jego klatki piersiowej i dokładnie widzę, jak unosi się, gdy nabiera powietrza. Czuję jego ciepły oddech na czubku mojej głowy i mam wrażenie, że przyspiesza. Ja tez zaczynam szybciej oddychać. Jego druga dłoń powoli wsuwa się na moją talię.

Kontrola Liz!

Brak kontroli.

Przysuwa mnie jeszcze bliżej siebie. O ile to w ogóle możliwe. Ma takie ciepłe dłonie. Wydaje mi się, że za chwilę zacznę topnieć. Moje nogi uginają się i lekko osuwają w dół. Ocierają o jego nogi. Słyszę jak cicho mruczy. Jego oddech przesuwa się po mojej twarzy. Unoszę ją ku górze, żeby na niego spojrzeć. Z pewnością mam oczy przesiąknięte omdleniem i ekstazą jednocześnie.

Jego oczy zasnute są mgłą. Tak jeszcze na mnie nie patrzył. Namiętność i subtelna niepewność. Krótki błysk w tym upojeniu. Błysk fascynacji. A ja mięknę jeszcze bardziej. Jego twarz pochyla się. Teraz ciepłe powietrze przesuwa się po moim policzku. "Liz" półszept wydobywa się z jego ust, kiedy moje ciało już całkowicie stapia się z jego ciałem.

Moja skóra rozgrzewa się i błyskawicznie osiąga wysoką temperaturę. A jego jest tak miękka i delikatna, że mam ochotę się z nią zmieszać. Jego dłoń przesuwa się po moich plecach, wraca na talię i dotyka skóry mojego brzucha. Słyszę ponownie jego mruknięcie. Czuję, że przysuwa się, a ponieważ już bliżej być nie może, po prostu robimy krok w stronę ściany.

Moja dłoń przesuwa się z jego klatki piersiowej na jego szyję. Ma naprawdę niesamowitą skórę. Nie potrafię też przerwać naszego kontaktu wzrokowego. A on spogląda na mnie łapczywiej. Znów miękko odbija się ode mnie obłoczek jego oddechu. Już nie ciepły, ale gorący. "Liz". Pochyla się jeszcze bardziej. Kilka milimetrów i nasze usta się spotkają.

"Nie" wydobywam z siebie ciche jęknięcie i robię krok do tyłu. On robi krok jednocześnie ze mną, nie uwalniając objęcia. Mocniej ściska moją dłoń w swojej, głębiej wsuwa druga rękę na moją skórę pomiędzy bluzką i spodniami.

Jego zapach doprowadza mnie do obłędu. I jeszcze bardziej osłabia zmysły. Powieki do połowy przymykają się, rozmazując jego obraz. Jesteśmy tak blisko, że teraz przy każdym oddechu, oboje jednocześnie poruszamy klatkami piersiowymi. Znów robię krok do tyłu, a on równocześnie ze mną się przemieszcza. I ponownie to samo. Moje plecy odnajdują ścianę – już nie ma ucieczki. "Nie" szepczę jeszcze raz, mimo, że całe moje wnętrze krzyczy 'Tak'.

A jego usta są już tuż tuż. Oddychamy tym samym powietrzem, upajamy wzajemnym zapachem i ciepłem. Delikatnie muska moją górną wargę swoimi ustami, wsuwając dłoń głębiej na moje ciało i przysuwając się do mnie całym swoim ciałem. "Liz" miękko szepcze i unosi drugą rękę, w której znajduje się moja dłoń. Kładzie ją na swoim ramieniu, a moje opuszki same prowadzą spragnioną rękę do jego szyi. Natomiast jego spocone palce zwilżają mój drugi bok.

Już czuję smak jego ust, choć musnął mnie nimi tylko w ułamku sekundy. Powietrze gęstnieje, ja jestem już tak słaba, że zaraz zemdleję, a jego skóra jest tak przyjemnie gorąca, jego oczy wpatrzone we mnie z takim pragnieniem. Nie potrafię powstrzymać siebie ani jego. Nie potrafię i nie chcę.

"Tak" szepczę

Jego usta powoli muskają moje wargi. Subtelnie, delikatnie, jakby się bał. Kilka sekund słodkości. Przerywa na chwilkę i patrzy na mnie. "Jeszcze" błagalnie wypowiadam jednym oddechem, w zasadzie samo to słowo stanowi mój oddech. Opuszkami dotykam jego policzka.

Teraz nasze usta spotykają się w gorącym pocałunku. Jakby żyły osobnym życiem, które spędzały w samotności, a teraz spotykają się po latach rozłąki. Czysta namiętność.

Czysta pasja.

c.d.n.



Poprzednia część Wersja do czytania Następna część