ALEX_WHITMAN

New Life (9)

Poprzednia część Wersja do czytania Następna część

— Znaleźliście kogoś? – spytał swojej pielęgniarki Karen – Martin, gdy dobiegli miejsca.

— Nie.

— A gdzie straż pożarna? Gdzie ratownicy?

— W górach zeszły trzy lawiny. Nie mają jak dojechać. Tu są tylko ludzie z wioski. Mają łopaty, koce, kilofy i apteczki do pierwszej pomocy. Straż i ratownicy przybędą najwcześniej za 4 godziny.

— Do jasnej cholery. Nie poradzimy sobie bez nich…
Dalszych słów Isabel nie słyszała. Obserwowała ludzi z wioski. Widziała ich strach, przerażenie i ogromny smutek. Najgorsze jednak było to, że on również to czuła. Czuła ich ból. Patrzyła na ogromną skalną ścianę śniegu.

— Jak coś tak pięknego może być tak niebezpieczne.
Nagle zorientowała się, że wszyscy ludzie kopią w śniegu szukając…

— No właśnie, czego? Zamarzniętych i połamanych ciał? Ciał małych dzieci? – zadała sobie pytanie Isabel. Przeszedł ją dreszcz.

— Mamy kogoś!!! – krzyknął młody chłopak. Ludzie na około niego rzucili się by mu pomóc.
Isabel i Martin podbiegli do nich.
Młody chłopak trzymał na rękach małą dziewczynkę. Mogła mieć około 10 lat. Długie, czarne i mokre włosy przylepiły się do jej białej twarzyczki.
Martin podszedł i sprawdził puls. Ktoś podał koce. Poszli z nią do samochodu.

— Żyje? – spytała kobieta podbiegając do nich.

— Czy moja Marita żyje?
Martin w skupieniu sprawdził ponownie puls.

— Tak, chociaż, jeżeli nie znajdzie się natychmiast w szpitalu, wtedy moja pomoc będzie na nic.

— Ale droga do szpitala jest zasypana… – kobieta zaczęła płakać.

— Ona nie oddycha!! – krzyknęła nagle matka dziewczynki.
Martin natychmiast sprawdził parametry życiowe, ale niestety matka dziewczynki miała rację.

— Gdzie Karin? – spytał Martin Isabel.

— Nie wiem. Wiem, że to zabrzmi głupio, ale miałam piątkę z pierwszej pomocy.

— Dobra ja robię sztuczne oddychanie, a ty będziesz naciskała klatkę piersiową.

— Dobrze.
Zaczęli…
Po minucie…

— Patrzcie zaróżowiła się! – krzyknęła matka małej Marity.
Isabel uśmiechnęła się. To dzięki niej tak się stało. Dodała do ich akcji odrobinę swojej mocy.
Wyszła na dwór zostawiając matkę i Martina w samochodzie. Uderzyło ją chłodne powietrze.
Pobiegła pomóc ludziom kopać w śniegu. Poczuła w sobie dziwną siłę. Kopała na równi z innymi. Im więcej kopała tym bardziej czuła, że ma w sobie więcej siły.
Słyszała ludzi, którzy kopiąc dodawali sobie otuchy. To ja podnosiło na duchy.
Po dwudziestu minutach dotarło do niej, że słyszy głosy dzieci… Podniosła głowę, ale nikt chyba nie tego co ona.
Skupiła się. Zamknęła oczy. Na początku nie słyszała nic. Stała tak z zamkniętymi oczami próbując wyczuć cokolwiek. Miała już zrezygnować, gdy…

— Pani Ronni, czy rodzice nasz szukają? – Na pewno Tommy. Pewnie już przyjechała straż i ratownicy.

— Nie ma Marity. Czy ją zasypało? – usłyszała głos małej dzieczynki.

— Nie… Mam nadzieję, że nie.

— A skąd rodzice będą wiedzieć, że jesteśmy w jaskini? -spytał 9 letni Jimy.

— Bo dorośli wszystko wiedzą mały głuptasie – odezwała się Jennifer.
Kontakt urwał się. Isabel rozejrzała się wokół. Nikt nie zauważył, ani nie usłyszał tego co ona.
Pobiegła do Martina, który pomagał kopać gdzie indziej.

— Martin.

— Co się stało? Znaleźli kogoś?

— Nie… – kobieta po cichu opowiedziała mu wszystko co słyszała.

— Jesteś pewna? Ale tak na 100% – spytał ją poważnie.

— Tak. Jestem pewna – odparła.

— Ludzie. Czy ktoś wie, gdzie pod tą lawina mogła być jaskinia?

Serdeczne pozdrowienia dla Deluci, która lubi konwersować i jej dedykuję tą część opowiadania.


Poprzednia część Wersja do czytania Następna część