_liz

Z pamiętnika M.G. (13)

Poprzednia część Wersja do czytania Następna część

Tego jeszcze nie było. Świat czeka chyba apokalipsa. Najpierw Maria "Histeryczka Britney Robię Karierę" De Luca rzuciła mnie dla swojego eks chłopaka z przetłuszczonymi włosami, który był gorszą wersja Alexa Kakofonika. Potem robi mi wyrzuty, że jej nie wspieram. A jak ją w studio chcieli przerobić na Barbie to przybiegła z płaczem. Nie no rzeczywiście, świat się kończy, bo panna De Luca nie może zostać światową gwiazdą. Powinniśmy chyba rzucić wszystko i przybiec ja wielbić i wspierać. Ja powinienem zapomnieć o chronieniu bliskich, Isabel powinna olać Jessego, Kyle ma przestać martwić się ojcem, Max ma się odwrócić od swojej ukochanej i konającej Liz, a Mała Parker to już w ogóle powinna sobie przesunąć termin śmierci, na kiedy indziej, bo Maria ma problem ze studiem nagraniowym... Nawet nie wiedziała, że Liz choruje na jakieś kosmiczne paskudztwo. A Mała Parker była tak zdesperowana, że poszła z ta dolegliwością do Kyla! Biedna, od tych iskierek snujących się po jej ciele straciła rozum... Potem był okres żałoby. I to sporej żałoby. Wszystko było na mojej głowie – zresztą jak zawsze. Liz wyjechała (o Marii nie wspomnę), Max zginął ratując szeryfa, potem postrzelili Isabel... I mówię szczerze, że byłem pewny tego, iż wszystko pozostanie na mojej głowie, łącznie z powiadomieniem Jessego o cudownym pochodzeniu jego żony. Oczywiście wspaniałomyślny Jessie, pomógł mi sie odstresować (wydawało mu się, że mi pomaga) i pozwolił mi łaskawie z dwadzieścia razy zmieniać kwiaty w jego ogrodzie. I już sie zacząłem do tego przyzwyczajać. Chociaż błagałem Isabel o powrót, bo bycie samotnym kosmita w Roswell mogłoby byc moim ostatnim krokiem do załamania nerwowego, poza tym tak jakoś smutno bez tej trajkoczącej katarynki (czyt. Isabel – nazwa pieszczotliwa) Ale w zaświatach mają chyba przepełnienie, bo Max wrócił. Nie pytajcie mnie jak, bo nawet nie chcę wiedzieć. Jak tylko usłyszałem, że za sprawą Liz, to już mi się odechciało słuchać kolejnej ckliwej, wzruszającej i mdłej historyjki. Jak to Liz mocą swoich łez wskrzesiła go, albo odprawiła jakieś obrzędy. No dobra, dość tego złego nastroju. Teraz zaczęła się zabawa. Jakaś kometa spadająca na pustynię (i tak wiem, że to statek kosmiczny) niedawno rozwaliła samolot. Wszyscy twierdza, że to wina tego pilota, który zwiał (i tak wiem, że trzyma go wojsko). Jego córeczka popadła w paranoję. Obecnie razem z Maxem "Uwierz W Ducha" Evansem mamy jej pomóc i uwolnić tatusia. Ale oczywiście byłoby za nudno, więc FBI przyłączyło się do zabawy. Wszystko się udało. Widzieliśmy nawet ów meteoryt (i tak wszyscy wiemy, że to statek kosmiczny) i podwędziłem fajne "coś". Nie wiem co to, ale ładnie komponuje się z moją lodówką... Nadal wszyscy mają do mnie pretensje, że prawie ich pozabijałem (prędzej czy później i tak do tego dojdzie), wyrzuciłem Marię z samochodu (niech się cieszy, że tylko tyle) i pobiłem Maxa (a tam pobiłem, kilka przyjacielskich kuksańców... zresztą to on zaczął). Zachowywał się jak samolub. Tak to on nie chce być przywódcą, ale jak ja postanowiłem nim zostać, to zachowywał się jak pięciolatek z piaskownicy: "Spadaj! Oddaj mi!" "To moja łopatka!" "Zabieram zabawki i idę sobie stąd" "Oddaj mi wiaderko, bo cię zdzielę grabkami!". Ale co oni chcieli? Dostałem pieczęć królewską i stałem się królem, no i odezwała się we mnie moja królewsko-antariańska część. A tak ogólnie to tradycyjnie... Mała Parker obmacuje się pod stołem z Maxem, najwyraźniej nauczyła się różnych funkcji, jakie może pełnić jej stopa... szykuje się nagonka FBI na nas, ciekawscy technicy chcą otworzyć meteoryt (i tak wiemy, że to statek kosmiczny), w powietrzu coś wisi... nie! Nie powiesiliśmy Kyla! To tylko takie stwierdzenie, że "coś wisi w powietrzu". I co w tym wszystkim najgorsze? Zabrakło Tabasco! I jak ja niby mam teraz zjeść te frytki?
c.d.n.



Poprzednia część Wersja do czytania Następna część